Odtąd codziennie chodziłem do oddalonej 2 wiorsty huty.

Sam środek tej fabryki zajmował olbrzymi, kolistego kształtu piec z drewnianym dokoła wzniesieniem dla hutników. Stojąc na tym wzniesieniu, zanurzali hutnicy końce żelaznych „piszczałek” w ognistej lawie szkła i wyjmując na powrót, wydmuchiwali w przymocowanych do spodu wzniesienia żelaznych prasach rozmaite przedmioty, jak flaszki, lampy, szkiełka do lamp itp., a po wyjęciu z prasy składali te przedmioty w płytkich, nasypanych piaskiem skrzynkach, skąd już przy pomocy długich, drutem na końcu napikowanych tyczek chłopcy i dziewczęta odbierali te przedmioty i zręcznie układali je warstwami w przeznaczonych ku temu wielkich, gorących piecach, gdzie celem zahartowania pozostawały aż do zupełnego wychłodnięcia.

Huta ta, tak ze swym urządzeniem, jak i sposobem prowadzenia w niej pracy, nie miała dla mnie wielkiego powabu. A lubo brać hutnicza tworzyła niejako związek kochających i wzajemnie w potrzebie wspierających się ludzi, przecież tęskno mi czegoś było za zielonym, pełnym świeżego tchnienia lasem, to za wesołą, niedawno porzuconą cukrownią. Ale szanowny mistrz mój, pan Pierog, człek zacnego serca, chcąc snać weselsze myśli we mnie wzbudzić, darzyć mnie począł pierogami i innymi smakołykami, co było najlepszą satysfakcją dla mego pustego woreczka, pospolicie żołądkiem zwanego.

Coś w półtora miesiąca od chwili mego wstąpienia do huty otrzymał ojciec z poczty list od brata swego Walentego z doniesieniem o mającej niebawem nastąpić budowie drogi żelaznej, pod którą prócz innych gruntów także i mojej matki grunt wywłaszczony został, pieniądze zaś z tytułu wywłaszczenia w takiej a takiej kwocie złożono u wójta; chcąc zaś pieniądze te podjąć, musiałaby matka osobiście zgłosić się po nie. List był krótki, a kończył się słowami: „Cieszę się, drogi braciszku, że może już niedługo się zobaczymy”.

Nie było wahania. Znużeni już rodzice doznanymi tu zawodami, a zarazem wsparci nadzieją zarobku w rodzinnych stronach, uradzili wracać na stałe do Małopolski, co też postanowionym zostało.

*

Krótko stosunkowo trwał mój pobyt na Chełmszczyźnie i nie zaznałem tam uciech życia. A przecież — mimo przeświadczenia, że wkrótce ujrzeć miałem strony rodzinne, za którymi tęskniłem — smutek jakiś niewytłumaczony, niby pająk swą przędzą, omotał mi duszę na myśl opuszczenia tej ziemi — może na zawsze. Bo lud ziemi chełmskiej mimo kamiennej na pozór twarzy ma w sobie coś z tej magnetycznej siły, która przy pierwszym zetknięciu każdego przyciąga do siebie. Bo ziemia ta chełmska to matka bojowników, walczących nieugięcie w obronie dóbr swych nadprzyrodzonych.

I jak z krwi pierwszych Chrystusa wyznawców, wytoczonej na arenie rzymskich cyrków, miał kiedyś wystrzelić i nad światem całym zajaśnieć przecudny kwiat zwący się chrześcijaństwem, tak z krwi męczeństwa i z łez ucisku ludu chełmskiej ziemi, którymi to łzami i krwią hojnie ona nasiąkła, wytrysnąć miało źródło siły, mocy i wytrwałości dla całego narodu.

I jak dawni chrześcijanie tajemnymi wejściami zdążali do podziemnych Rzymu katakumb, by w nich wspólnie sławić Chrystusa, tak chełmskiej ziemi męczennicy, skoro zostały im pozamykane i poburzone świątynie ich, ongiś przez pobożnych ojców na wolnej ziemi wzniesione, wykradali się podczas ciemnych, burzliwych nocy i najnieprzystępniejszymi manowcami zdążali do odległych głębin leśnych, by tam razem głośno śpiewać hymn wiary do swego Boga.

I cierpiał lud ziemi chełmskiej nie tylko dla Chrystusa. Cierpiał on także za miłość ku Polsce, ziemi ojców swych. A otaczające nas wokół narody i państwa chrześcijańskie nie widziały wówczas mąk, nie słyszały jęku chełmskich męczenników, krew z krwi, kość z kości naszej. I kiedy pletnie104 okrutnych oprawców szarpały aż do białych kości zsiniałe, skrwawione ciało unitów105, by tym przełamać ich opór, katowani powtarzali twardo: