Po drodze opowiedział mi, że u stryja miejsca na nocleg nie było, a ponieważ zmrok szybko zapadał, nawrócono pospiesznie, nie zauważywszy, że zostałem. Zajechali więc do wsi na obejście starego przyjaciela ojca, Pawła Galusa, którego żona była rodzoną siostrą znanego nam już Jędrzeja Dz. Zacni Galusowie przyjęli nas bardzo serdecznie i gościnnie, prosząc, byśmy przez parę dni u nich spoczęli, a zaprosiny te z wdzięcznością przyjęte zostały, mogli bowiem rodzice swobodniej za mieszkaniem się oglądnąć.

Na drugi dzień poszliśmy do Sobowa, pragnąc ujrzeć babkę. Zaszedłszy przed znaną dobrze zagrodę, za przykładem matki pousiadaliśmy na pozrzucanym opodal drzewie; matka bowiem, będąc w pewnego rodzaju nieporozumieniu familijnym z siostrą swą Anną, przy której babka mieszkała, nie kwapiła się stanąć niespodzianie w rodzinnego domu progach.

Lecz oto za niedługą chwilę dało się słyszeć z podwórza dochodzące szlochanie a wołanie. Powstaliśmy razem i wszedłszy za wrota, ujrzeliśmy na podwórku leżącą przy porzuconych obok siebie kulach babkę, która na nasz widok wyciągnęła ku nam drżące, wyschłe ręce, a z ust jej płynęły przerywane szlochem słowa powitania: „O! dzieci moje... dzieci!”. Uwiadomiona niespodzianie przez jedną z sąsiadek o naszym przybyciu, ujęła kule, na których opierając się, wyszła z izby, pragnąc jak najprędzej uściskać nas, ale silne wzruszenie odjęło jej siły i upadła. Pochyliliśmy się nad kochaną, biedną starowiną i podniósłszy, usadowiliśmy ją między sobą na przyzbie. Tu przy serdecznym szlochu a powtarzaniu: „O, dzieci moje, dzieci!” wszystkich nas po kolei uściskała mnie najczulej i najdłużej.

W godzinę później, po widzeniu i przywitaniu się jeszcze z ciotką, mężem jej i dziećmi, poszedłem z Jasiem w stronę naszego pola. Idąc i rozglądając się, spostrzegliśmy wiele, zaszłych tu podczas naszej kilkuletniej nieobecności, korzystnych zmian. Na rzeczce, opodal zagród wsi płynącej, w miejsce dawnego brodu rzucony był most; sama zaś rzeczka, która dawniej rozlewała tu szeroko i podczas większych deszczów i roztopów wiosennych wlewała swe wody do stojących opodal stodół i przylegających ogrodów, teraz zregulowana i w wąskie koryto ujęta, podobna do małego strumyka cicho płynęła. Na oddzielonym rzeczką od wsi pastwisku, w miejscu wygodnym, suchym i słonecznym, rozsiadł się nowy, drewniany, obszerny budynek szkolny.

Z pola naszego pozostał zaledwie malutki skrawek. Wrzała tu praca i ruch. Budowano na rzeczce most pod kolej. Na samym brzegu rzeczki zauważyłem jakiegoś obcego, kusego jegomościa, a z jego niespokojnych, nerwowych ruchów domyśliłem się kłótni ze stojącym naprzeciw niego poważnym gospodarzem, w którym ze zdumieniem poznałem naszego starego wójta, Madeja. Ów jegomość, inżynier, jak potem się dowiedziałem, rozkazał był samowolnie, bez pytania, składać materiały budowlane na polu Madeja, ten zaś, strzegąc swego dobra, energicznie przeciw tej samowoli protestował i stąd kłótnia. Inżynier, podrażniony oporem, począł nareszcie nad Madejem trzcinką wywijać, przy czym miał krzyczeć: „Głupia chłopa!... Ja tobie bić... Głupia chłopa...”. W końcu, dając folgę rozdrażnieniu, trzciną Madeja raz i drugi w plecy uderzył. Krew falą uderzyła mi do głowy i postąpiłem naprzód z myślą, którą w czyn gdybym był wcielił, natenczas według słów Mickiewicza „zaraz by w bagnie skąpał się ten plucha”109, ale bliżej stojący chłopi już przyskoczyli, a w oczach i całej ich postawie mógł Niemiec wyczytać tyle ku sobie nienawiści, że, wysapawszy się jeszcze i nakląwszy po swojemu: „Głupia chłopa! Głupia, chłopa!”, oddalił się.

W parę dni później mieszkaliśmy już w Sobowie. Tu przez parę tygodni pracowałem przy sypaniu ziemi pod drogę żelazną, do Nadbrzezia biec mającą110, zarabiając po 40 centów dziennie. Pewnego dnia postanowili rodzice oddać tak mnie, jako też Jasia do nauki rzemiosła w Tarnobrzegu, gdzie też w tym celu udaliśmy się.

Wybór rzemiosła, w którym całe życie pracować przyjdzie, jest rzeczą nie mniej ważną jak wybór stanu111. Toteż rozważywszy z góry, co dla mnie najlepszym będzie, zapragnąłem uczyć się zegarmistrzostwa, do którego szczególny pociąg czułem. Lecz ojciec nawet słyszeć o czymś podobnym nie chciał. Wiedziałem, że woli ojca przeciwstawić się nie potrafię, oświadczyłem się więc za krawiectwem, na co też rodzice przystali. Udaliśmy się zatem do krawca, Jana Kolasińskiego, cieszącego się ogólnym szacunkiem późniejszego burmistrza Tarnobrzega — ten jednakowoż oświadczył, iż z powodu mej ułomności nie dałby ze mną rady. A ponieważ w Tarnobrzegu drugiego chrześcijańskiego zdolnego majstra krawieckiego nie było, zadecydowali rodzice oddać mnie do szewca, twierdząc, że rzemiosło to jest najpewniejsze. Szwagier matki, Józef Ordyk z Dzikowa, który jako znający miejscowe stosunki nam towarzyszył i majstrów wskazywał, oznajmił, że najzdolniejszym majstrem szewskim w Tarnobrzegu jest pewien starozakonny, zatrudniający w swej pracowni czeladź przeważnie chrześcijańską. Do niego zatem udaliśmy się, a wkrótce potem, bez względu na zgodę z mej strony, zawarta została w odnośnym urzędzie cechowym formalna umowa, podług której do trzech lat miałem się w rzemiośle szewskim wydoskonalić. Gdyby zaś po upływie roku rodzice nie złożyli reszty przynależnej majstrowi kwoty, pozostać miałem u niego rok czasu dłużej.

Tak więc los mój został przypieczętowany. Brat Jan później oddany został do nauki rymarstwa przy koledze swym z ławy szkolnej, Tomaszu Motyce w Sobowie. Odtąd rozpoczęły się dla mnie dni najprzykrzejsze w życiu.

Jakkolwiek do szewstwa pociągu nie miałem, oddałem się przecież nauce i pracy z poświęceniem, co wszakże nie przeszkadzało mu sił moich najniemiłosierniej wyzyskiwać, jak tylko Żyd potrafi.

W osiem coś miesięcy po moim wstąpieniu do terminu zjawił się u rodziców, w Tarnobrzegu już natedy mieszkających, Motyka z hiobową wieścią, że Jaś niebezpiecznie zachorował. Do Sobowa matka pospieszyła natychmiast, ja zaś na drugi dopiero dzień, brnąc całą drogę w głębokim śniegu. Chory ze względu na niebezpieczeństwo rozszerzenia zarazy został izolowany i umieszczony w osobnym lokalu kancelarii gminnej, a stan, w jakim brata zastałem, był wprost przerażający. Była to czarna ospa. Całe ciało chorego wyglądało niby pokryte czarną chropawą, połyskującą łuską; na napuchłej twarzy znać nawet oczu nie było; szeroko otwarte usta ukazywały swą jamę, czarnej czeluści podobną; oddech ciężki. Pochylona nad chorym matka o skamieniałym obliczu automatycznym ruchem ścierała mu pot z czoła i twarzy. Zrozumiałem z rozdartym sercem, że godziny jego policzone. Ach, jakże pragnąłem, żeby oczy otworzył w tej strasznej godzinie. Wywoływałem więc głośno jego imię: „Jasiu, Jasiu!” — lecz nie wiem, czy to ostatnie do niego wołanie słyszał; miał na tyle zaledwie siły, by lekko stopą poruszyć — i nie otworzywszy oczu, w parę godzin potem, dnia 9 lutego 1888 r., w dwudziestym pierwszym roku życia, skonał. Z jego śmiercią stracili rodzice nadzieję podpory starości.