Dziś jeszcze te mogiły stoją mi w pamięci. I skoro kiedy wybiegnę myślą na ziemi polskiej obszary, mnogimi mogiłami usiane, budzi się w duszy rzewna melodia słów piewcy Skarg Jeremiego106:
„Och, cała ziemia ta nasza cmentarna
Wygląda, Panie, jak czara ofiarna,
W którą poganie zlewali krew wrogów
Dla dawnych bogów”.107
Zmieniając w drodze parokrotnie furmana z końmi i wozem, około południa trzeciego dnia stanęliśmy nareszcie na rosyjskiej komorze108, skąd po uprzednim poddaniu się rewizji austriackiej straży pogranicznej w Chwałowicach poprzenosiliśmy sprzęty poza słupy kordonu i za jakąś godzinę świeżo wynajętymi końmi ruszyliśmy dalej. Przed zmrokiem byliśmy już blisko Wielowsi. Ponieważ do miejsca przeznaczenia, tj. do Sobowa, był jeszcze kawał drogi, a furman nasz do powrotu niecierpliwił się, postanowił ojciec zajechać do swego brata Walentego na Kępę, skąd po przenocowaniu i krótkim spoczynku sprowadzilibyśmy się do Sobowa.
Radowała się mi dusza, że już za parę chwil stanę w zagrodzie dziadów moich, z którą wiązały mnie wspomnienia najpiękniejszych lat chłopięcych w niej spędzonych. Dokuczało mi tylko to, że w drodze uległem niespodzianie przykrej chorobie oczu, tak zwanej „kurzej ślepoty”.
Zajechawszy przed podwórze zagrody stryja, wóz się zatrzymał; zeskoczyłem z wozu, a dotknąwszy pierwszy raz po kilku latach stopami tej miłowanej ziemi, tak byłem wzruszony, że miałem wielką ochotę przypaść twarzą a całować ten święty „szary proch”, alem się wstydził, by nie być wyśmianym. Przystanąłem, wsparłszy się o wierzbę, i dziwno mi było, że nikt nie zbliża się do mnie. Daremnie wytężałem wzrok; prócz podchwyconych na moment, majaczących na jasnym tle wieczornego nieba szarych czubów wierzb nic więcej dojrzeć nie mogłem. Zauważyłem natomiast nawracającą nazad furę i zdziwiło mnie, że tak prędko rzeczy z wozu poskładano, ale wytłumaczyłem to sobie tym, że furmanowi bardzo się z powrotem spieszyło.
Lecz dlaczegóż nikt do mnie nie przystępuje? Wołam więc na Jasia, najpierw z cicha, potem głośniej, wreszcie już głośno wywołuję z kolei to braci, to matkę — i znowu nic. Już mi się mocno na płacz zbierało, kiedy jakiś mężczyzna przystąpił do mnie, a ująwszy za ramię, popychał mnie z lekka w stronę oddalającego się wozu. W postaci tej, nad twarzą moją pochylonej, z całą pewnością domyśliłem się stryja. Odgadłszy wreszcie moją biedę oczną, wprowadził mnie stryj do izby i dawszy posiłek, kazał mi się przenocować. Jakkolwiek tajemniczość zajścia, jakie przed chwilą miejsce miało, bardzo mnie niepokoiła, przecież położywszy się na rozesłanym snopie słomy, znużony długą podróżą, zaraz zasnąłem snem kamiennym.
Obudziłem się ze wschodem słońca i uporządkowawszy się jako tako, wyszedłem na podwórze, pragnąc przede wszystkim nasycić oczy widokiem kąpiących się w promieniach wschodu, dawno niewidzianych murów umiłowanego Sandomierza. Lecz ledwie postawiłem kilka kroków, ujrzałem ku swej radości zbliżającego się od strony wsi Jasia, dającego z daleka znaki, bym się zbliżył, a gdyśmy się zrównali, kazał iść z sobą do wsi.