W trakcie tego Franek, zorientowawszy się w sytuacji, poskoczył ku płachcie, momentalnie rozwiązał ją, a szarpnąwszy raz i drugi, z takim zachodem uzbierane patyki rozrzucił jak garść puchu na wiatr i uskoczywszy z płachtą za drzewo, śledził z przyzwoitej odległości, jaki też będzie epilog tego spotkania. Skończyło się przecież na niczym.
Ale brat, wziąwszy hrabiego za Rinalda Rinaldiniego117, bardzo się przestraszył i odtąd zaprzestał chodzić do lasu.
VI
Do Wrzaw. W żydowskie ręce. Profanacja i dewastacja. Wyzwolenie z terminu. Przestroga. Naiwność wiary w asymilację Żydów.
W swoim czasie przeprowadzili się rodzice z Sobowa do Wrzaw, a właściwie Dąbrowy Wrzawskiej, które to sioło wraz z innymi przysiółkami wchodzi w skład gminy administracyjnej Wrzawy. Jest to gmina dość duża, na nizinnej równinie między widłami rzek Wisły i Sanu położona. Na zmianę miejsca wpłynęła głównie ta okoliczność, iż ojciec liczył na stały zarobek przy budowie tam rzecznych, do których to robót aż z Sobowa od jakiegoś czasu tu przychodził.
Wieś tę polubiłem tak dla jej położenia między głównymi rzekami, jako też dla bogatego zadrzewienia z mnogością sadów, a przede wszystkim dla związanych z tymi stronami historycznych wydarzeń i poczciwości mieszkańców.
Dwór w Dąbrowie Wrzawskiej był wówczas rezydencją dziedzica tamtejszych włości, Tadeusza Horocha, który dobra wrzawskie otrzymał w spadku po stryju Kalikście Horochu, bezpotomnie zmarłym.
Pewnego zimowego dnia, przyszedłszy do rodziców, dowiedziałem się, że dziedzic miejscowy dobra swe sprzedał Żydom. Serce mi się ścisnęło. Jak to — myślałem — dziś, kiedy poczyna się budzić poczucie narodowe w najniższych nawet warstwach społeczeństwa, mieliżby ci, co chcą uchodzić za przewodników narodu, dopuszczać się tak haniebnej zbrodni na własnej ojczyźnie?... Daremny jednak żal. Haniebna ta frymarka118 stała się faktem dokonanym119.
Na dzień 29 czerwca, zdaje się 1890 r., w którym to dniu przypada uroczystość św. apostołów Piotra i Pawła, dziedzic dotychczasowy zapowiedział wydanie dla miejscowej ludności uczty pożegnalnej, która odbyć się miała po południu we dworze. Z drugimi pociągnąłem tam i ja, prostą ciekawością wiedziony.
Dzień był cichy, słoneczny; czystego horyzontu nie przyćmiewała najmniejsza chmurka. Na dworskim dziedzińcu zgromadzona ludność czeka już dobrą godzinę, a zapowiedzianej uczty nie widać ani też dziedzic nie pokazuje się. Na koniec na twarzach zgromadzonej ludności objawiać się poczyna niepokój; na niebie ukazują się chmury, a wkrótce rozlegają się przeciągłe grzmoty. Zerwał się wicher, a z czarnych, krwawymi błyskawicami przerzynanych chmur lunęła ulewa. Wycie wichru, grzmoty i huk gromów, niemilknący trzask łamanych drzew, szum gwałtownie wezbranej, opodal dworu płynącej Wisły, której brudne, spienione fale zdawało się, że dosięgną stojącego na wzniesieniu dworku i spłukną go, wszystko to razem czyniło taką potężną grozę, że wszyscy zebrani, poukrywani po różnych zabudowaniach dworskich, pochyliwszy głowy, bili się w piersi, modląc się: „Boże, bądź miłościw”. Tak więc sama nawet przyroda głośnym bólem zapłakała na tę ohydną frymarkę.