„Już gospodarze sprzątają stodoły,

Parobcy jarzma gotują na woły,

Dziewczęta hoże przy głośnej gawędzie

Pachnącą rutę zbierają na grzędzie,

A w chatce, stojąc przy dymnym kominie,

Prostą wieczerzę warzą gospodynie”

kobiety szczególnie były zachwycone; to, z taką prostotą określenie sielskiego życia, tak im do serca przypadło.

Toteż po skończeniu jednego opowiadania domagali się dalszego, że częstokroć w prawdziwym byłem kłopocie, skąd tematu do opowieści zaczerpnąć.

Po kilku miesiącach pobytu w Wielowsi, przekonawszy się, że roboty tutaj nigdy mi nie braknie, powziąłem zamiar wynająć osobną chałupę i rodziców sprowadzić, ta bowiem ustawiczna przeprowadzka warstatu z chałupy do chałupy ani praktyczną, ani też wygodną nie była.

Wójt ówczesny, Jędrzej Piętak, nasz bliski krewny, bardzo zacny i poważany człowiek, odradzał mi tego zamiaru, mówiąc: „Jeżeli chcesz warstat mieć w miejscu, to możesz u mnie stale mieszkać i stołować się za skromną opłatą; ze sprowadzeniem rodziców nie masz się czego kwapić. Tam zawsze prędzej znajdą oni zarobek, o który byłoby im tutaj trudno; sam zaś nie podołałbyś ich utrzymać i zamiast warstat sobie rozszerzyć, zejdziesz z powodu braku potrzebnej w rzemiośle gotówki do roli zwykłego łatacza i tym samym przyszłość sobie zwichniesz”. Jakkolwiek rada była szczera, przecież wzgląd na rodziców przemógł i niedługo potem sprowadziłem ich do Wielowsi, gdzie zamieszkaliśmy w chałupie wynajętej od Rafała Czecha, bardzo poczciwego i światłego małorolnego kmiotka, z którym do dziś łączą mnie serdeczne stosunki.