Konieczne te roboty pociągały tak wielkie wydatki, że najniezbędniejsze do codziennego użytku rzeczy przez dłuższy czas zmuszony byłem brać na kredyt i zadłużać się.
Na jesieni 1912 r. zagroda była gotowa, a w dniu 1 września tegoż roku odbyło się uroczyste „oddanie Kurasiowi daru narodowego”.
Odtąd miałem zdobywać środki na utrzymanie tak własne, jako też matki-staruszki, żony i pięciorga drobnych dzieci najnieproduktywniejszą, podcinającą siły duchowe pracą wśród czterech martwych ścian turmy161, zwanej kancelarią Wydziału Powiatowego.
Komitet, w którym zasiadali najlepiej życzący mi ludzie, ożywiony był jak najlepszymi zamiarami i tylko nieszczególna koniunktura nie dozwoliła zapoczętego dzieła dokończyć tak, jak pragnął. Przyjmując atoli dobrą chęć za rzecz dokonaną, serdecznie wszystkim za niezasłużone uznanie i odznaczenie na tym miejscu dziękuję. Dziękuję również i tym, którzy mnie przy biurku pierwszego powiatowego urzędu autonomicznego posadzili.
Ale trzymajcie ptaka w klatce, nie szczędźcie mu nawet wszelkich wygód, ptak ten wszelako ustawicznie w więzieniu tym trzepotał się będzie, a nie usiedzi w spokoju, dlatego że jest ptakiem, nie żabą. Po roku, czy nawet później, otwórzcie klatkę, a zobaczycie, jak ptaszek z radosnym świergotem na świat boży wyleci. Będzieć162 go wabić do powrotu cukrem czy serem, ale ptak zwabić się już do klatki nie da i wolej163 mu będzie na swobodzie zginąć, niż w więzieniu marny wieść żywot.
Na koniec września tegoż 1912 roku zapowiedziany był wielki Kongres Eucharystyczny w Wiedniu. Dzięki hr. Zdzisławowi Tarnowskiemu kilku nas z tarnobrzeskiego pojechało na tenże Kongres. Był między nami i głośny autor Pamiętników włościanina, sędziwy wójt Słomka z Dzikowa. Matkę, pragnącą brata Fransiszka zobaczyć, zabrałem z sobą.
Na dworcu w Wiedniu oczekiwał nas brat. Ja z matką i trzech towarzyszów podróży udaliśmy się z bratem do jego mieszkania. Wójta Słomkę zabrał do siebie ktoś z jego znajomych.
U brata zauważyłem, że życie jego w Wiedniu nie musiało być tak wesołe, jak je nam opisywał. Od roboty przychodził czarny jak Murzyn. Brud z siebie usuwał w ten sposób, że zrzuciwszy bieliznę, nachylony nad dużą, napełnioną wodą miednicą, ciało dobrze namydlił, brał ostrą szczotkę, jakiej do mycia podłóg używają, i tą szczotką niemiłosiernie się szorował. Żonę ma Cześkę, a dzieci ich nie znają prawie ani słowa z mowy ojczystej. Wszyscy posługują się między sobą niemczyzną. Radziłem bratu, by dzieci posyłał do polskiej szkoły, na co odrzekł, że takiej nie ma. Pouczyłem go, że istnieje w Wiedniu „Dom Polski” i Towarzystwo Szkoły Ludowej, utrzymujące nie tylko szkółkę, ale i ochronkę164 dla dzieci ubogich rodzin polskich. Ale Franek tłumaczyć się począł, że do szkoły tej daleko, że pieniędzy nie ma itd., aż widząc w końcu bezskuteczność moich przedstawień, dałem spokój.
W Wiedniu, który ma być ponoś jednym z najładniejszych miast w Europie, widziałem na tym Kongresie przedstawicieli niemal wszystkich katolickich narodów. Ale obco tu polskiej duszy. Bardzo ładne jest Schönbrunn165 i ciekawy ogród zoologiczny. Najbardziej wszakże zajęło moją ciekawość cesarskie muzeum, w szczególności przebogate galerie obrazów pędzli najsławniejszych mistrzów świata. Między tymi obrazami widziałem i podziwiałem dzieło naszego Matejki Rejtan, niestety, zawieszone w jednym z pośledniejszych miejsc.
Przy końcu uroczystości kongresowych w towarzystwie Jana Kaczaka z Dąbrowicy pojechałem zębatą koleją na pełną drogich sercu polskiemu wspomnień górę Kahlenberg, z której w dniu 12 września 1683 r. wielki nasz wojownik, król Jan Trzeci, uderzył ze swym rycerstwem na nieprzeliczone, zagrażające zniszczeniem całych Niemiec, wojska tureckie i rozgromił je. Za to ocalenie od zupełnego zniszczenia wdzięczni Niemiaszkowie w dziewięćdziesiąt lat później na spółkę z Prusami i Moskwą odpłacili się nam rozkawałkowaniem i grabieżą naszej Ojczyzny,