W lecie, 21 lipca 1914 r. wybraliśmy się z Janem Słomką młodszym na wycieczkę do Warszawy, w której przedtem nigdy nie byłem, a pragnąłem ją choć raz w życiu zobaczyć. W Sandomierzu, siadłszy na parostatek popłynęliśmy w dół Wisły. Podróż Wisłą na przestrzeni Sandomierz–Puławy nie ma sobie nic równie pięknego i przyjemnego. Płynąc i obserwując brzegi tej kochanej naszej rzeki, uprzytomniłem sobie wszystko to, co Jakub Bojko w książce swej Pod trzeciego króla tak ślicznie opisał, a przenosząc się myślą w dawne, współczesne Klonowiczowi169 flisackie czasy, imaginowałem sobie, że jestem orylem170 i do Gdańska płynę. Józefów, Solec, Janowiec, a przede wszystkim Kazimierz echami przeszłości swej głębokie wywierają wrażenia.

Wysiadłszy w Puławach, zwiedziliśmy wspaniałą dawną rezydencję książąt Czartoryskich, dziś na instytut rolniczo-leśny obróconą. Widok stąd na Wisłę cudowny. Świątynia Sybilli171 i inne osobliwe domki, oszpecone, na pastwę największego zaniedbania oddane, że patrzącemu na nie żal serce ściska. Park przepyszny, ogromny także w zaniedbaniu. Lip tak olbrzymich jak w Puławach nie zdarzyło mi się jeszcze oglądać.

Z Puław już koleją pojechaliśmy prosto do Warszawy. Przyjął nas bardzo życzliwie p. Stanisław Rutkowski, redaktor „Zorzy”.

W Dolinie Szwajcarskiej172 miałem sposobność podziwiać drużynę orkiestry Namysłowskiego w przepięknych strojach ludowych. Siedząca obok mnie pani Rutkowska, podzielając mój zachwyt, wyraziła żal, że piękny ten strój coraz bardziej idzie w zapomnienie i tylko od parady gdzieniegdzie bywa noszony.

Po zwiedzeniu głównych osobliwości stolicy pojechaliśmy do niezbyt odległego Pszczelina173, skąd po zwiedzeniu szkoły rolniczej dla synów włościańskich wróciliśmy do Warszawy,

Był późny wieczór 26 lipca. Stojąc w oknie trzeciego piętra jednego z hoteli, zwrócony w stronę Cytadeli174, obserwowałem ukazujące się w mrocznej dali czerwone wiechy płomieni. Nagle z płomieni tych wystrzelił ku niebu ogromny słup ognia i równocześnie potężny huk odrzucił mnie od okna. Po huku tym nastąpiły dłuższą chwilę trwające detonacje. Cytadela w ogniu. Ostrzegawcza wróżba.

Dzienniki coraz pesymistyczniej oceniać poczęły sytuację zamachem sarajewskim175 spowodowaną. Musieliśmy wyjazd z Warszawy przyspieszyć.

Zaraz na drugi dzień po wybuchu w Cytadeli wyjechaliśmy z Warszawy tą samą drogą. Wysiedliśmy w Zawichoście i tu spotkaliśmy naszego dobrego znajomego, Michała Smołę z Winiar, siostrę jego Zofię, mirosławiankę, i brata Jana, pszczeliniaka, autora licznych artykułów, drukowanych w warszawskiej „Zorzy” i w innych pismach ludowych. Janek zabrał nas na wóz do domu ojca swego w Winiarach, gdzie sympatyczna mirosławianka zajęła się naszym ugoszczeniem.

Winiary to bardzo ładna wieś. Tutaj to we dworze Targowskiego znakomity nasz pisarz Władysław St. Reymont176 pisał swoje, niemające równego sobie w polskiej literaturze, dzieło Chłopi, w którym okazał tak wielką znajomość duszy chłopskiej, jak nikt przed nim.

Po krótkim wypoczynku i pogadance poczciwy pszczeliniak odwiózł nas do Sandomierza, skąd przeprawiliśmy się na drugi brzeg Wisły, do Nadbrzezia.