Wyjeżdżając do Warszawy, zostawiliśmy wesołą, pełną życia okolicę, a teraz po paru dniach jakże się tu wszystko zmieniło! Jakaś wisząca w powietrzu burza przygnębiła umysły, osłabiła zwykły codzienny ruch życia. Gęsto porozlepiane płachty plakatów urzędowych wzywały pod broń, do świadczeń na rzecz armii itd. Koleje zarekwirowane zostały wyłącznie dla potrzeb wojska, musieliśmy wynajętym wózkiem jechać do domu, gdzie witano nas jak powracających nie z tego świata.

Naładowane elektrycznością chmury europejskiej polityki nareszcie w pierwszych dniach sierpnia 1914 roku sypnęły z swych nieprzeniknionych, czarnych wnętrz gromami wielkiej wojny! A ludzie o duszy słabej, lękliwej jedni umknęli już to pod skrzydła Wiednia, już też gdzie się dało, dokąd pioruny wojny nie sięgały, inni zaś popadli w rozpacz i apatię.

Tylko ludzie o sercu mężnym, pełni wiary w sprawiedliwość dziejową, z otuchą patrzyli w przyszłość, za poetą powtarzając:

„Wierzymy, Panie, o! wierzymy mocno,

Żeś nas nad wszystkich upodobał sobie,

Żeś nas zapalił jak pochodnię nocną,

By całą ludzkość prowadzić ku Tobie,

Że nam na niebie już świta zaranie,

Wierzymy, Panie!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .