Do częstych naszych gości należał Michał Bożek, który każdego lata przebywał na flisie30 jako retman31. Był to chłop wesoły, filut32 co się zowie, a liczne płatał figle, z których jeden przytoczę.
Wśród Żydów w miasteczku Tarnobrzegu wybuchły epidemiczne choroby, zabierając liczne ofiary. Żydzi, jak zwykle tłum przesądny, zamiast stosować środki zapobiegawcze, usunąć niechlujstwo, przeprowadzić dezynfekcję mieszkań i ulic i przestrzegać czystości, namówili Bożka, by za pewnym wynagrodzeniem udał się na kirkut33 i tam z ukrycia, skoro usłyszy zapytanie: „Nie ma tu miejsca?”, odpowiedział, że nie ma. Wybrał się tedy Bożek i czekał. A kiedy wkrótce przybyli tam Żydzi i z namaszczeniem zapytali: „Nie ma tu miejsca?” — posłyszeli taką dobitną odpowiedź: „Jest! Jest dość miejsca! Dawać ich tu jak najwięcej!” — „Gewałt! Rabuśnik!” — wrzasnął tłum zawiedzionych chasydów34, rzuciwszy się z wyciągniętymi rękami i usiłując ująć Bożka, ale ten jak z procy wyskoczył z ukrycia, poobalał na ziemię tych, którzy drogę mu zagradzali, dopadł oparkanienia kirkuta, przesadził je z kocią zwinnością, a znalazłszy się w przyzwoitej odległości, gdzie kamienie zrozpaczonych wyznawców Talmudu dosięgnąć go już nie zdołały, jeszcze na dobitkę fujarkę na nosie im pokazywał.
Sprytem i zmysłem spostrzegawczym odznaczał się także częsty nasz gość, Mikołaj Ozogowicz, będący wówczas polowym35 gminnym. Pewnego zimowego ranka, w środę, w którym to dniu odbywał się tygodniowy targ w Tarnobrzegu, do naszego mieszkania wpadła jedna z gospodyń z lamentem, że sąsiad tejże, rudy Mordka, stado jej gęsi wpędziwszy na swe podwórze, wykradł zeń najpiękniejszego gąsiora. Poszkodowaną odesłał ojciec do wójta, którym był Walenty Madej, rodem z Wielowsi, krewny ojca.
Wójt, wysłuchawszy relacji, rozkazał dwom polowym przeprowadzić u Mordki rewizję. Najpierw stajnię, potem komorę przeszukano, a skoro tu nic nie znaleziono, udano się do izby. Lecz i w izbie, mimo przeszukania wszystkich kątów, śladu kradzieży nie odkryto. Wtedy Ozogowicz odezwał się do kolegi: „Michale, odsuńmy jeszcze szafę”. — „Po co szafę, na co szafę” — protestował zaperzony Żyd, usiłując stawić opór, jednak daremnie, bo polowi usunęli szafę — pod którą również nic nie znaleźli. Ale Mikołaj nie stracił rezonu i zabrał się do kopania dołu w miejscu odsuniętej szafy... „Aj waj! Czyście wy, Mikołaju, oszaleli? — odzywa się Żyd, przybladłszy nieco. — Nu, róbcie, co chcecie, nic nie zdybiecie... ja nie ukradł, jak Boga ko...” Tu urwał, bo Mikołaj, wykopawszy już spory dołek i zapuściwszy weń rękę aż do ramienia, zawołał triumfująco: „O! Ja tu coś namacał” i dźwigając się, wyciąga i w górę podnosi gąsiora! Wszelkie perswazje Żyda, że nie wie nic, jakim „cudem” gąsior aż tutaj wlazł, nic nie pomogły. Gąsiora zawieszono mu na plecach i tak udekorowanego Żyda popędzono do kozy36 w Tarnobrzegu.
Starsza generacja owych czasów składała się prawie z analfabetów; mimo to nie brakło wśród tych niepiśmiennych ludzi prawdziwych talentów i gdyby w miejsce karczem stały były37 szkoły, nie potrzebowalibyśmy użalać się dzisiaj na niedolę wsi naszej38. O jednym takim analfabecie z Wielowsi, odznaczającym się wybitnymi zdolnościami łatwego wyrażania się mową wiązaną, opowiadał mi ojciec. Wszystkie niemal pieśni kościelne, jakie znał na pamięć, na poczekaniu i bez zająknienia przerabiał na swój sposób, stosownie do okoliczności. Spotkał np. zwalonego z nóg do błota pijanego chłopa, wtedy nad nim zaintonował:
W błocie leży
Któż przybieży
Pijanego ratować?
Karczmareczki przybiegajcie,
Pijanego wyciągajcie,