Nie może se rady dać.

Żadne zabawy, wesela, chrzciny nie obeszły się bez niego, wszędzie mile był widziany. Wydawała jedna z gospodyń córkę za pewnego podtatusiałego kawalera z połyskującą już dobrze na czubie łysiną, a za którego, mówiąc nawiasem, iść dziewczyna nie chciała, musiała jednak ulec stanowczej woli matki, której imponował majątek pana młodego. W trakcie zabawy weselnej chciała matka przywołać zięcia po imieniu, lecz w sam raz zapomniała, jakie ma imię. Zauważył to nasz poeta i w lot zaśpiewał:

„Zapomniała matka, jak na zięcia wołać:

Pójdźże, łysy byku, pojedziewa39 orać...”

Wśród weselników nastąpił wybuch szalonego śmiechu. Tylko pani młoda rozpłakała się, a ukrywszy się w kącie, narzekała na matkę i męża.

Fizjonomia40 wsi w owych czasach tak pod względem zewnętrznym, jak i duchowym inny miała wygląd. Ludność była uczciwa, pracowita, pobożna. O każdej porze roku budziła się ze snu bardzo wcześnie — zazwyczaj z pierwszym pianiem koguta, a każdy dzień rozpoczynała śpiewaniem godzinek41. Tak samo, mając udać się na spoczynek, nabożną pieśnią dzień kończyła. Umarł ktoś we wsi, miano zwyczaj zapraszać do domu żałoby któregoś odznaczającego się większą swadą oratorską sąsiada, który imieniem zmarłego w stosownej przemowie przepraszał ziemię, po której deptał; wodę, którą pił; słoneczko, co mu świeciło, gdy on jeszcze spał; przyjaciół, krewnych, rodziców itd. Przed każdą zaś spowiedzią wielkanocną chłopaki, sposobiąc się do niej, chodzili po domach i przepraszali mieszkańców za zrządzoną im szkodę, o sprawcy której poszkodowany najczęściej właśnie dopiero teraz się dowiadywał.

I nie mogę powiedzieć, iżby w czasach owych smutno na wsi było. Prawda, że pod względem oświaty i pojmowania spraw ogólnych ludność ówczesna stała bardzo nisko, jak niemniej pod wzglądem materialnym dużo odczuwała braków; odznaczała się przecież mimo to szczerą wesołością, choć zmuszona była pracować bez porównania więcej i w cięższych niż dziś warunkach. I nie pomylę się, gdy powiem, że do rozjaśnienia szarzyzny życia naszego ówczesnego ludu przyczyniały się niepomiernie chwalebne obyczaje, pobożność i różne tradycyjne zabawy i obchody, z których wiele zanikło dziś zupełnie, czego szczerze wypada żałować.

Szczególnie oryginalną była ongiś na wsi zabawa, a właściwie pustota42, w poniedziałek wielkanocny, tak zwany „lejek” albo „święty lejek”, polegająca na wzajemnym oblewaniu się wodą między parobczakami a dziewuchami. Po powrocie z kościoła dnia tego zbierali się parobczaki przed domem, gdzie znajdowała się jedna lub więcej dziewuch. Do izby rzadko kiedy udało się im pierwszym dostać, bowiem dziewuchy na czas przed nimi się zabezpieczały, przymykając drzwi chałupy drewnianą zasuwą, co jednakże nie uchroniło ich od natrętów, którzy zawsze znaleźli jakiś fortel na wywabienie dziewki z ukrycia. Skoro tylko dziewucha wychyliła się poza drzwi, wyskakiwał jeden z parobczaków z zasadzki i przytrzymywał ją. Inni przybiegali mu zaraz z pomocą, ujmowali dziewuchę pod ramiona i wlekli przemocą ku studni, gdzie jeden z nich, zapuściwszy żuraw, wyciągał konew i metodą księdza Kneippa43 lał z góry na głowę trzymanej, daremnie szamoczącej się dziewki strumienie zimnej jak lód wody. Co gdy zobaczyły inne dziewczęta, pośpieszały w sukurs44 rówieśniczce, w skopce45 i garnki z wodą uzbrojone, pragnąc się za koleżankę odwzajemnić; atoli46 gdy się już zbytnio przybliżyły, puszczali chłopaki przemoczoną do ostatniej nitki dziewkę, a przybyłe chwytali — i oblewali, ile wlazło. Ma się rozumieć, że tak spłukane, niemające nic do stracenia dziewczęta przechodziły teraz do roli zaczepnej — i rozpoczynała się ogólna gonitwa i wzajemne chlustanie.

Starsi zaś, nie tylko że pustoty tej nie ganili, mówiąc: „Niech się tam dzieci rozerwią”, ale sami wychodzili na ulicę gwoli47 przypatrzenia się igraszce młodzieży. Niejeden z ojców, patrząc na te swawole, odezwał się do matki: „Kaśka, a może byśwa se tak spomnieli młode lata, co?” i przy tych słowach — chlust! w kobietę trzymaną dyskretnie za plecyma48 kwartą wody. „A ty zbereźniku!... — krzyknęła zaczepiona, pochylając się i potrząsając głową, z której obficie ściekały krople wody. — A ty stary zbereźniku, dam ja ci!” Ale gospodarz,nie czekając, aż mu się żona odwzajemni, czym prędzej drapał z placu. Kobieta zaś, nie mogąc mężowi się zrewanżować, oblewała pierwszego przechodzącego mimo49 sąsiada.

Oj, byłoż to, było napatrzeć się czemu a uśmiać się, a duszę rozweselić! A choć po takiej swawoli rzadko kto z biorących w niej udział suchą nitkę miał na sobie, szkody przecież żadnej nikt nie poniósł, ubierano się bowiem wówczas nie w lichą obcą tandetę, jak to niestety dzisiaj się dzieje, lecz w prosty z domowego płótna strój, który wystarczyło powiesić i wysuszyć, by ślad przemoczenia zniknął.