Bezrodnow jednak zatrzymał się w domu jednego z kolonistów i natychmiast zawezwał mnie do siebie.
Kapitan przyjął mnie niespodziewanie grzecznie i nalał mi duży kieliszek wódki, gdyż siedział właśnie przy obiedzie.
Podziękowałem, lecz nie chciałem pić.
— Gniewa się pan? — uśmiechnął się kapitan.
— W stosunku do gwałtu uczynionego nade mną, słabo powiedziane! — odparłem. — Jestem oburzony i będę szukał zadośćuczynienia.
— To pańskie prawo! — poważnie rzekł kapitan.
„Aa! — pomyślałem. — Przysługują mi jeszcze jakieś prawa, więc śmierć nie teraz mi jeszcze sądzona”.
Zaspokoiwszy głód, Bezrodnow przeprosił mnie, że jadł w mojej obecności, i zaprosił do przyległego pokoju.
— Niech pan wybaczy, że musiałem go zatrzymać i zmusić do powrotu — zaczął — lecz pan raczy zrozumieć, iż mając rozkaz barona Ungerna „zlikwidowania” Uliastaju, chciałem słyszeć od tak czynnego uczestnika wypadków o ich przebiegu, aby sprawiedliwości mniej lub więcej stało się zadość.
Nie wchodząc w ocenę poszczególnych jednostek, skreśliłem w przybliżeniu obraz życia i przebieg zdarzeń, które wstrząsnęły nieszczęśliwym miastem. Z uwag Bezrodnowa zrozumiałem, komu w Uliastaju grozi śmiertelne niebezpieczeństwo, i byłem zdumiony bogactwem szczegółów, które posiadał kapitan, a także dobrymi informacjami, dotyczącymi grupy Poletiki i pułkownika Filipowa, co zupełnie potwierdziło moje co do nich podejrzenia.