Gdy skończyliśmy rozmowę, Bezrodnow wstał i wyciągając do mnie dłoń, rzekł:
— Bardzo mi się podobała duma pańska, gdy nam pan odmówił oddania broni. Zechciej pan przyjąć ode mnie ten upominek i jeszcze raz wybaczyć zwłokę w jego podróży.
Mówiąc to, wyciągnął ku mnie doskonały pistolet Mausera ze srebrną rękojeścią i grzecznie uśmiechając się, oznajmił mi, że bryczka i świeże konie czekają na mnie.
W kilka minut później jechałem już z Dzaina, mając w kieszeni przepustkę kapitana na wypadek spotkania się z jego patrolami, które miały rozkaz zatrzymania wszystkich jadących i odstawienia ich do sztabu oddziału.
III. Jazda urgą
Znowu jechaliśmy okolicami znanymi. Przebyliśmy górę, skąd dojrzałem oddział Wandałowa, potok, do którego wrzuciłem swoją broń i równinę, gdzie wlokąc się pod eskortą Bogdanowa, miałem dużo ciężkich i przykrych myśli.
Na pierwszym urtonie (stacja, gdzie się zmienia konie) czekała na mnie niemiła niespodzianka. Nie znaleźliśmy tu wcale koni, gdyż zabrał je z sobą oddział Wandałowa. W jurcie był tylko dozorca z dwoma synami. Gdy pokazałem mu swoją „dzarę90”, dozorca ożywił się i oznajmił, że na mocy dokumentu posiadam prawo jazdy urgą, i że konie dla mnie będą wkrótce.
Wskoczył na okulbaczonego wierzchowca-byka, skinął na dwóch moich ułaczenów i wziąwszy długi, cienki drążek z pętlą, czyli urgą, na końcu, i kilka uzd, ruszył w step dobrym kłusem.
Bryczka jechała za nim.
Zjechaliśmy w bok od naszej drogi i w godzinę potem ujrzeliśmy duży tabun koni.