Dozorca i ułaczeni za pomocą urgi bardzo zręcznie i szybko złapali kilka koni i z triumfem prowadzili je do bryczki. Nagle ze wszystkich stron zjawili się konni pastuchowie i widząc, co się święci, mknęli ku nam co koń wyskoczy. Lecz gdy dozorca odczytał im moją dzarę, pastuchowie z pokorą okulbaczyli złapane zwierzęta i zastąpili poprzednich ułaczenów, którzy spokojnie odjechali do domów, prowadząc swoje wierzchowce. Przy jeździe urgą podróżuje się nie zwykłym szlakiem urtońskim, lecz od tabunu do tabunu, gdzie się chwyta coraz to nowe konie i gdzie ułaczenów zastępują właściciele tabunu lub ich robotnicy. Wszyscy Mongołowie starają się przy tym jak najprędzej odbyć tę powinność, mkną jak szaleńcy, dążąc do najbliższego tabunu innego właściciela. Podróżnik posiadający prawo na urgę może osobiście złapać potrzebną ilość koni i, o ile nie zjawi się ich właściciel lub pastuch, odjechać, zostawiając konie w następnym tabunie. Mongołowie nie lubią poszukiwać swoich koni w cudzych tabunach, więc natychmiast zjawiają się i wchodzą w rolę ułaczenów.
Droga oraz szlak urtoński, którym jechałem, były zupełnie niezaludnione, gdyż w tych okolicach Mongołowie, nastraszeni potyczkami i ciągłymi rekonesansami mongolskich i rosyjskich oddziałów, zwinęli urtony i koczowiska i odeszli w góry, gdzie nie bacząc na nagą i pustą okolicę, umieją się kryć i znikać bez śladu.
Dzięki tym okolicznościom przejechałem około trzystu pięćdziesięciu kilometrów przez część bezludną środkowej Mongolii w granicach chanatów Sain-Noin i Tuszetu.
Dało mi to możność uczynienia szeregu spostrzeżeń nad miejscową, nader interesującą fauną. Spotykałem coraz częściej olbrzymie stada antylop mongolskich (Gazella gutturosa oraz Gazella subgutturosa). Niektóre z tych stad liczyły po pięć tysięcy sztuk. Na skalistych zboczach gór widziałem nieraz grupy dumnych i ostrożnych argali (Ovis ammon), niewielkie stada antylop piżmowych (gazella Cabarga); w gaikach, schowanych w głębi wąwozów, szare bystre dziki (Sus scrofa) z brunatnymi pręgami na grzbietach zawzięcie ryły ziemię; na wysoko położonych pastwiskach „alpejskich” wspaniałe jelenie — wapiti — żerowały lub schodziły niżej i chciwie lizały białe plamy zwietrzałej soli, którymi pokryta była ziemia. Kilka razy na widnokręgu zamajaczyły, jak widma mknące, dzikie konie (Equus primigenius Przewalski) i dzikie osły (Equus hemionus).
Spotykałem też i starannie obserwowałem kolonie świstaków.
Na przestrzeni kilku kilometrów kwadratowych widniały tysiące małych pagórków, pod którymi można było zauważyć głębokie, szerokie nory. Były to siedziby świstaków, tych największych okazów z rodzaju gryzoni. Pomiędzy norami stale przebiegały i kręciły się zwierzątka żółte lub brunatne, sięgające czasem wielkości średniego psa. Biegały ciężko, przechylając się z jednego boku na drugi, przy czym skóra na ich tłustych kadłubach fałdowała się i ruszała, jak gdyby była za szeroka. Świstaki są doskonałymi górnikami — poszukiwaczami rudy. W usypywanych przez nich pagórkach odnajdowano nieraz złoto, cynę, miedź i ołów, które wykopują one z ziemi przy budowaniu nor. Zwykle, gdy świstak jest niedaleko od swojej nory, nagle zatrzymuje się, siada na tylnych łapach i zamienia się w nieruchomy słupek, który łatwo można wziąć za kamień lub kawał wystającego z ziemi drzewa. Gdy spostrzega jeźdźca, zaczyna mu się ciekawie przyglądać, gwiżdżąc przy tym przeciągle. Myśliwi korzystają z tego dla swoich celów. Znając ciekawość zwierząt, pełzną w stronę nor, wymachując kijem z uwiązaną na jego końcu szmatką. Cała uwaga świstaka skierowuje się wtedy na nieznany, zaciekawiający go przedmiot i dopiero kula przeszywająca biedne zwierzątko rozstrzyga domysły rojące się w jego okrągłej główce. Mongołowie chętnie polują na świstaki, zabijając rocznie do dwóch milionów sztuk. Tłuste i smaczne mięso świstaka zjadają, skórki zaś sprzedają Chińczykom, którzy eksportują je do Chin. Tam zaś futro tych zwierzątek jest ogromnie poszukiwane pośród najszerszych warstw społeczeństwa, gdyż jest lekkie, ciepłe i tanie.
Świstak jednak bywa też niebezpieczny dla ludzi, gdyż najzwyklejszą chorobą tego gryzonia jest straszliwa dżuma, łatwo udzielająca się ludziom.
Nader podniecającą scenę obserwowałem pewnego razu niedaleko rzeki Orchon w granicach posiadłości księcia Bejle-Sando.
Spotkałem tam tysiące nor i trzeba było wielkiej uwagi ułaczenów, aby konie nie połamały sobie nóg w dołach powyrywanych przez świstaki. Naraz spostrzegłem dużego orła, który zawisł wysoko w powietrzu, upatrując zdobyczy. W pewnej chwili spadł on na ziemię jak kamień i usiadł na pagórku tuż za norą, gdzie przed chwilą schował się świstak. Orzeł siedział nieruchomo, jak posąg ze spiżu lub z czarnego marmuru. Świstak po kilku minutach wybiegł z nory i skierował się do nory sąsiada, widocznie z jakimiś ważnymi nowinami, tyczącymi się może mojej grzmiącej i skaczącej bryczki?
Orzeł natychmiast ciężko zeskoczył z pagórka, usiadł przed norą świstaka i jednym skrzydłem szczelnie zakrył wejście do niej.