Dzięki jeździe urgą poczyniłem cały szereg ciekawych spostrzeżeń zoologicznych, z których najcenniejsze były obserwacje nad dzikimi końmi i osłami, które na ogół są do siebie podobne: jednakowej szarożółtawej barwy z brunatną lub czarną pręgą idącą przez grzbiet. Okazy te nie są większe od koni kurlandzkich lub fińskich, tylko nogi mają krótsze i bardziej krępe. Dziki koń (Equus primigenius Przewalski) ma dłuższą pręgę ciemną.
Dziki osioł (Equus hemionus) ma czasem pręgi dodatkowe, spuszczające się na boki, krótszą grzywę i ogon długości średniej, dłuższe uszy i znacznie szybszy bieg. Mongołowie nazywają dzikie konie i osły kulonami; polują na nie z powodu smacznego ich mięsa. Są to dzikie zwierzęta i nigdy nie zbliżają się do tabunów koni oswojonych.
Mongołowie wieźli mnie szybko i uczciwie, zbytnio nie oddalając się od wytkniętego kierunku i otrzymując w nagrodę za to srebrne dolary chińskie, których pewną ilość zarobiłem w Uliastaju lekcjami francuskiego i angielskiego, udzielanymi kupcom chińskim i kolonistom rosyjskim.
Lecz widocznie przyzwyczajenie moje do siodła, na którym zrobiłem już pięć tysięcy mil angielskich, dało mi się we znaki. Trzęsienie i kołysanie się mojej bryczki rozbiło mnie do szczętu. Skacząc przez kamienie, nory świstaków i rowy, bryczka mknęła unoszona przez czwórkę dzikich koni, klekotała, trzeszczała i jęczała, i chyba tylko przez opór, a może dla podtrzymania reputacji „wygodnych powozów mongolskich”, nie rozsypała się na kawałki. Wszystkie stawy, głowa, zęby, nawet oczy zaczęły mnie boleć. Jęczałem i kląłem. Wreszcie dostałem ostrego paroksyzmu92 ischiasu93. Do rana nie zmrużyłem oka, nie mogłem leżeć ani siedzieć. Całą noc przespacerowałem pomiędzy jurtami jakiegoś koczowiska, utykając na chorą nogę i jęcząc boleśnie oraz słuchając potężnego i niezupełnie muzykalnego chrapania pastuchów; od czasu do czasu staczałem energiczne walki z całą zgrają czarnych złych psów, marzących o dobrej kolacji z mięsa nieznanego cudzoziemca błąkającego się nocami po stepie.
Nazajutrz wyruszyliśmy w dalszą drogę, lecz jechaliśmy tylko do południa. Czułem się bardzo źle; ból stał się nie do zniesienia. Zatrzymałem się w jakiejś jurcie na skraju małego klasztoru i postanowiłem się leczyć. Lecz chociaż połknąłem cały zapas swojej aspiryny i chininy, ból nie zmniejszył się wcale, przeciwnie, coraz gorzej się potęgował.
Wreszcie gospodarz jurty zapytał mnie, czy nie chciałbym poradzić się doskonałego lekarza-lamy. Poradziłbym się chętnie nawet diabła, aby mi tylko ulżył cokolwiek.
Po kilku minutach wysoki, chudy i nader poważny lama trzymał mnie za puls; skrzyżowawszy mi obydwie ręce, wysłuchał bicia serca, opukał całe ciało i rzekł:
— Jesteś zdrów, jak ten dziki jak, lecz rozbiła cię jazda na siodle, a reszty dokonała bryczka. Dam ci dwa proszki. Jeden wypij z gorącą wodą, drugi — z zimną. Przez noc będziesz cierpiał, rano wsiądziesz na koń. Wszystko minie... Om! Om!
Otrzymawszy honorarium, przyniósł proszki i sam mi je przyrządził. Były one obrzydliwie gorzkie i jak gdyby przetłuszczone. Po chwili poczułem gwałtowne bicie serca, potem przypływ krwi do głowy i straszny, wzmagający się ból w nodze i grzbiecie, co zmusiło mnie do wstania i wyjścia z jurty; zacząłem biegać, żeby choć trochę zapomnieć o bólu.
— To dobrze! — cieszył się mój lekarz-lama, wypijając dziesiątą miseczkę herbaty. — Leki działają!