Na Sejbi odpoczywaliśmy dwa dni.
Zwiedzając bardzo malownicze okolice na brzegach wartkiej rzeki pokrytej białą pianą, przypadkowo zrobiłem bardzo ważne odkrycie. Na małej polanie, tuż przy brzegu, zobaczyłem pod wielkim modrzewiem trzy kamienie, a na jednym z nich węglem był nakreślony krzyż. Ślady kopania ziemi były zupełnie widoczne, a gdym zaczął uważnie badać miejsce, spostrzegłem wycięty na drzewie kawał kory, wyrżniętego na pniu jednogłowego orła i dwie litery: K. R.
— Kim był ten nieznany K. R.? Jednogłowy orzeł i krzyż mówi o śmierci Polaka. Dlaczego zginął? Kto go oddał ziemi? Jaki los spotkał pozostałego przy życiu?...
Lecz nikt z osady nie mógł dać nam żadnych objaśnień.
Tajemnicą pozostaną: ten modrzew, trzy kamienie i litery wycięte na drzewie.
Okazało się, że parobcy gospodarza osady byli ukrywającymi się przed bolszewikami oficerami z armii Kołczaka. Było ich ośmiu. Wszyscy oni przyszli do mnie prosić o pozwolenie podróżowania z nami.
Zgodziłem się na to.
Gdy po dwóch dniach wraz z panem Władysławem wyruszyłem z Sejbi, za nami z tyłu człapało ośmiu uzbrojonych jeźdźców i szły trzy ciężarowe konie.
Jechaliśmy malowniczą doliną położoną pomiędzy rzekami Sejbi i Utem. Wszędzie spotykaliśmy wspaniałe pastwiska, na których w kilku miejscach pasły się duże stada bydła i koni. W paru osadach napotkanych po drodze nie znaleźliśmy mieszkańców, ci bowiem kryli się w lasach, gdyż obawiali się czerwonych. Odgłosy boju niedawno z nimi stoczonego już doszły do osad na Ucie. Tu i ówdzie widzieliśmy pojedynczych jeźdźców, uważnie nas śledzących, a gdy zechcieliśmy zbliżyć się do nich, natychmiast ukryli się w gęstwinie leśnej. Widoczne było, że osadnicy żyli w śmiertelnej trwodze i nikomu nie ufali.
Cały następny dzień ubiegł nam na przedostawaniu się przez bardzo wysoki i ciężki dla jazdy grzbiet Chamar-Daban. Przeszliśmy przełęcz, przeszliśmy nieskończenie długą drogę pośród spalonego lasu i przed zachodem słońca zaczęliśmy zjeżdżać do krętej, wijącej się pośród gór doliny.