Zatrzymałem się i zawołałem Sojota.
— Rozepnij kożuch! — rozkazałem. — Obnaż piersi i szyję, a twarzą zwróć się do nieba!
Chory natychmiast wypełnił rozkaz, ja zaś nacisnąłem mu tętnice i po paru minutach powiedziałem:
— Krew zatrzymana i więcej nie będzie ci płynęła. Idź do jurty i połóż się!
Krwotoki z nosa często można zatamować w taki prosty sposób, lecz „magiczne” działanie moich palców wywarło olbrzymie wrażenie wśród Sojotów.
— Ta-Lama! Ta-Lama! (wielki lekarz) — zawołał stary Sojot, nisko schylając przede mną głowę.
W jurcie wyjodynowałem nos mojego pacjenta i wtedy dopiero przystąpiłem do picia herbaty. Stary gospodarz uporczywie milczał, myśląc nad czymś poważnym. Wreszcie odszedł na bok i długo naradzał się z resztą Sojotów.
Gdy powrócił, zwrócił się do mnie z następującymi słowami:
— Żona nojona chora na oczy. Myślę, że nojon będzie rad „Wielkiemu Lekarzowi”. On chyba mnie nie ukarze? Przecież rozkazano nie przepuszczać „złych ludzi”, a dobrych można?
Nie zdradzając swej radości z powodu takiego rozumowania, odrzekłem chłodno: