— Uczynisz, jak zechcesz. Ja umiem dobrze leczyć oczy, lecz skoro nie wolno przekroczyć Ojny, pojadę innym szlakiem.
— Nie! Nie! — już z przerażeniem zawołał Sojot. — Ja sam was poprowadzę do nojona. Ta-Lama! Ta-Lama!...
Usiadł przy ognisku, koło którego krzątała się młoda, o czerwonej twarzy kobieta, zapalił długą fajkę, zrobił dwa pociągnięcia i otarłszy cybuch rękawem, podał mnie. Przyjąłem, jeszcze raz wytarłem cybuch i udałem, że palę. Następnie stary Sojot poczęstował fajką wszystkich moich towarzyszy, otrzymawszy w zamian od każdego z nas papierosa, trochę tytoniu fajkowego i zapałki. Przyjacielski stosunek nawiązał się szybko.
Wkrótce w jurcie natłoczyło się tylu Sojotów — mężczyzn, kobiet i dzieci oraz psów, że nie było można się poruszyć.
Zjawił się jakiś krótko ostrzyżony i ogolony lama, ubrany w szeroki płaszcz karmazynowy, z różańcem owiniętym dookoła prawej ręki. Jego ubranie i wygląd wyróżniało go pośród tłumu brudnych Sojotów z warkoczami i w wojłokowych czapkach upiększonych ogonami wiewiórek.
Lama był bardzo grzeczny dla nas, lecz spoglądał łapczywie na nasze złote obrączki ślubne i na zegarki.
Postanowiłem skorzystać z tej cechy skromnego kapłana Buddhy.
Poczęstowawszy go herbatą z sucharami, nawiązałem rozmowę o dobrych koniach sojockich, zaznaczywszy, że potrzebuję nabyć jednego.
— Kupcie ode mnie, mam dobrego konia, nazywa się Toruch — rzekł lama. — Tu na Ojnie wszyscy go znają. Lecz uprzedzam, że pieniędzy nie wezmę, zamienić się zaś mogę.
Zaczął się targ i trwał bardzo długo. Wreszcie nabyłem dobrego i mocnego gniadego konia sojockiego i młodego kozła, oddawszy lamie złotą obrączkę, nieprzemakalne palto i skórzaną torbę.