Charakter i postępowanie pięknej kobiety wszędzie są jednakowe, czy to w wesołej Warszawie, czy na nowojorskim Broadwayu, czy na brzegach Tamizy, czy w Paryżu, czy też w dzikim, chmurami spowitym Tannu-Ołu, w wojłokowej jurcie piękności sojockiej, księżny Soldżaku i Darchat-Uła!

— Będę się starał! Będę się bardzo starał, „inyń” (władczyni)! — zapewniał świeżo upieczony okulista.

Popasaliśmy tu, na brzegu zimnej, szalonej Hargi dziesięć dni, otoczeni dowodami gościnności i przyjaźni rodziny książęcej. Oczy księżnej, które swoim blaskiem zwiodły przed ośmiu laty z drogi celibatu już mocno podstarzałego nojona-lamę, przestały ropieć, zniknęła czerwoność, stan zapalny i nieprzyjemny, ostry ból. „Inyń” nie posiadała się z radości i nie wypuszczała z rąk zwierciadła, w zachwycie się sobie przyglądając.

Nojon podarował mi pięć dość dobrych koni, dziesięć baranów i duży worek mąki, z której natychmiast napiekliśmy sucharów.

Mój towarzysz-agronom dał mu za to nowy pięćsetrublowy banknot rosyjski, bardzo piękny i barwny, lecz niemający dla nas żadnej wartości, bo bolszewicy zburzyli system pieniężny; ode mnie zaś książę dostał niewielki kawałek rodzimego złota znalezionego w łożysku małej rzeczki i kieszonkowy rewolwer z dziesięciu nabojami.

Cała rodzina i urzędnicy księcia odprowadzali nas do „kure” (klasztoru), położonego o piętnaście kilometrów od koczowiska władcy Soldżaku. Prowadził Sojot, wysłany przez nojona z rozkazem konwojowania nas aż do Chubsugułu.

Nie zatrzymaliśmy się w kure, lecz około „duguna” — chińskiej osady handlowej. Chińscy kupcy, patrząc na nas spode łba, zaczęli nastręczać różne towary, szczególnie kusząc nas okrągłymi, glinianymi „łanchonami” (karafkami) z „majgoło”, słodką, chińską wódką anyżową. Nie mieliśmy ani srebra w kawałkach, ani chińskich kałgańskich dolarów papierowych, więc ze smutkiem spoglądaliśmy na apetyczne łanchony. Nojon jednak rozkazał dać nam pięć butelek i zapisać je na swój rachunek osobisty.

Później, podczas wieczorów zimowych, nieraz wspominaliśmy bardzo wdzięcznie starego nojona, racząc się słodką wódką z gorącą herbatą i trzeba przyznać, że nikt z oddziału nie był obojętny dla sympatycznych łanchonów, które starannie owijano w szmaty i w suchą trawę, żeby się nie stłukły w naszych workach skórzanych.

Niech nie oburzają się moraliści i przeciwnicy alkoholu! Nadużycia alkoholu nie było!

Pomyśleć tylko: pięć łanchonów i osiemnaście zdrowych, bezdennych gardzieli! Oprócz tego — mróz 15–20 stopni i czternaście godzin dziennie na siodle!