Do południa prowadził nas Sojot przez knieję, robiąc ogromne kręte zygzaki, gdyż wszędzie drogę tamowały niezliczone, głębokie wąwozy, przysypane śniegiem, wysokie wały leżących drzew lub też osypy kamieni i skał, które stoczyły się z gór. Namordowawszy się w ciągu kilku godzin, nieoczekiwanie powróciliśmy na miejsce naszego noclegu. Nie było wątpliwości, że przewodnik zabłądził i zupełnie stracił drogę. Na jego twarzy malowało się paniczne przerażenie.
— Złe duchy starego lasu nie przepuszczają nas! — szepnął drżącymi wargami. — Zły to znak! Lepiej powracać na Hargę do nojona.
Krzyknąłem na niego gniewnie i Sojot znowu poprowadził nas, chociaż stracił wszelką nadzieję odszukania ścieżki przez Tannu-Oł, nie robiąc nawet żadnych w tym kierunku wysiłków.
Na szczęście jeden z moich ludzi, myśliwy urianchajski, zauważył nacięcia na drzewach. Były to znaki wskazujące ścieżkę ukrytą pod głębokim śniegiem. Brnąc w zaspach, przeszliśmy las „złych duchów”, przecięliśmy inny, mniejszy, składający się z czarnych, gołych, spalonych modrzewi, i zatrzymaliśmy się o zachodzie słońca w niewielkim gaiku u podnóża Tannu-Ołu. Wkrótce zapadł zmrok, a wraz z nim zerwał się wicher i przyniósł chmury śniegu, zasłaniające białą płachtą cały widnokrąg.
W okamgnieniu nasz obóz był zasypany głębokim śniegiem; konie stały jak białe widma, nie odgrzebywały trawy spod śniegu i nie chciały odchodzić od ogniska. Wiatr szarpał im grzywy i ogony. W szczelinach i wąwozach górskich wicher huczał, gwizdał i jęczał. Chwilami zdawało się, że setki głosów smutnych śpiewają jakąś pieśń złowrogą, pełną rozpaczy. Z daleka dochodziły nas odgłosy ponurego wycia wilków.
Już większa część oddziału pokładła się koło ogniska, gdy zbliżył się do mnie przewodnik i rzekł:
— Nojonie! Pójdźmy do obo... Chcę ci coś pokazać.
Poszliśmy. Na samym początku stromej ścieżki leżała kupa dużych kamieni ze złożonym na nich bezładnym stosem suchych gałęzi. Obo jest lamaickim znakiem świętym, który mnisi-lamowie układają w niebezpiecznych miejscach. Obo to ołtarz na cześć złych demonów, władców tych miejsc niegościnnych. Przyjeżdżający Mongołowie i Sojoci składają tu swe skromne ofiary — błagalne lub dziękczynne, wieszając na gałęziach obo szmaty, kosmyki włosów wyrwanych z końskiej grzywy lub „chatyki”, to jest długie pasma niebieskiej jedwabnej materii, które dają w prezencie osobom duchownym lub starszyźnie. Czasem stawiają miseczki z prosem, z bobem lub solą.
— Spójrz! — szepnął Sojot. — Chatyków nie ma...
Istotnie, wiatr zerwał i uniósł jedwabne szmaty i nawet przewrócił miseczki z ofiarami.