— Demony są gniewne... Nie puszczą nas, nie ułatwią nam drogi przez Tannu-Ołu.
Sojot nagle schwycił mnie za rękę i błagającym głosem prosił:
— Powróćmy, nojonie, powróćmy! Demony nie chcą użyczyć nam drogi przez swoje góry. Nikt tu nigdy w zimie nie przechodzi. Już dwadzieścia lat gniewają się demony, a każdy śmiałek — myśliwy lub pastuch, usiłujący przejść tę drogę, zginął! Demony posyłały na niego śnieżną zamieć i mrozy. Widzisz? Wszystko to już się zaczęło... Dużo ludzkich kości leży na tych strasznych szczytach, nikt nie powrócił do swojej jurty. Wracajmy wszyscy do naszego księcia, u którego doczekamy się ciepłych dni wiosny i wtedy...
Nie słuchałem dalej tchórza i poszedłem z powrotem do ogniska, ledwie widocznego przez strugi i kłęby śnieżycy mknącej z zawrotną szybkością. W obawie możliwej ucieczki przewodnika kazałem wystawić wartę na noc i bacznie na niego uważać.
W nocy obudził mnie wartownik-oficer i rzekł:
— Może być, że ja się mylę, lecz zdaje mi się, słyszałem huk strzału karabinowego...
Cóż mogłem na to powiedzieć?
Może gdzieś tacy jak my podróżni dawali sygnał zbłąkanym towarzyszom lub może oficer się pomylił, przyjąwszy za wystrzał łoskot toczących się brył śniegu i lodu.
Zasnąłem i od razu przyśnił mi się bardzo wyraźnie dziwny krajobraz.
Zobaczyłem nieskończenie długą płaszczyznę śnieżną, przez którą brnął czarny wąż jeźdźców. Poznałem nasze konie ciężarowe, poznałem Kałmuka na zabawnym, czarnym ogierze w wielkie plamy białe i o garbatym pysku. Widziałem, jak zaczęliśmy schodzić z gór do doliny, oblani jaskrawym światłem słońca. Później nastała noc.