Spieszyliśmy się... Dokąd?
Było to już dla nas obojętne.
Aby tylko prędzej jakiś koniec, jakieś rozwiązanie niepewności, nieustannie ciążącej nad nami!
Na równinie pomiędzy Tannu-Ołu a kotliną Chubsugułu śniegu prawie nie było. Wszędzie widniały cudowne pastwiska, które wprawiały w zachwyt mego agronoma.
Na niewysokich pagórkach tkwiły młode gaiki modrzewiowe. Często przejeżdżaliśmy przez wartkie rzeczki, lecz były one płytkie i płynęły twardym łożyskiem.
Na drugi dzień naszego pochodu po stepach darchackich spotkaliśmy Mongołów, szybko pędzących stada w kierunku północno-zachodnim, w stronę Ogarkha-Ołu.
Otrzymaliśmy też od nich wiele smutnych i zatrważających wieści.
Kawaleria bolszewicka od strony guberni irkuckiej weszła w granice Mongolii. Czerwone oddziały zajęły już rosyjską osadę Khathył, skąd przeszły dalej o sto kilometrów na południe i obozowały w kolonii rosyjskiej, położonej około wielkiego buddyjskiego klasztoru, Mureń-Kure. Mongołowie zapewniali nas, że pomiędzy Khathyłem a Mureń nie spotkamy luźnych oddziałów i znaczniejszych patroli bolszewickich.
Po długich naradach postanowiliśmy przejść pomiędzy tymi dwoma punktami i dążyć dalej na wschód, kierując się na klasztor Wan-Kure, gdzie podobno operował jakiś oddział antybolszewicki.
Odprawiliśmy Sojota-przewodnika i wysławszy naprzód trzech wywiadowców, ruszyliśmy, kierując się kompasem. Drogę łatwo już było znaleźć, więc przewodnik był już niepotrzebny.