Z gór, które południowo-zachodnimi uskokami dochodziły do brzegu jeziora Chubsuguł, mogliśmy zachwycać się wspaniałym krajobrazem. Jezioro, jak wielka szafirowa kropla lub drogocenny wypukły szafir, leżało w ramie ciemnożółtych jak stare złoto gór, przeciętych pasami czarnych lasów modrzewiowych.

Nocą zbliżaliśmy się do Khathyłu, zajętego przez bolszewików, i zatrzymaliśmy się na brzegu wypływającej z jeziora głębokiej i nadzwyczaj bystrej rzeki Jagi, czyli Egijn gol.

Wyszukaliśmy pastucha Mongoła, który za ćwiartkę cegły herbaty podjął się przeprowadzić nas na przeciwległy brzeg rzeki. Wszędzie spotykaliśmy obo, święte modrzewie, czyli „Chamtyty”, i nawet kaplice na cześć złych demonów, co świadczyło o niebezpiecznej przeprawie.

— Dlaczego tu jest tyle obo? — zapytałem Mongoła.

— To Rzeka Diabła, niebezpieczna, zwodnicza! — odparł pastuch. Przed dwoma dniami pod lodem Jagi zginęła cała karawana. Utonęło pięciu ludzi, piętnaście koni i trzy wozy...

Przyczailiśmy się w krzakach do pierwszych blasków świtu, po czym rozpoczęliśmy przeprawę.

Powierzchnia rzeki przypominała taflę grubego szkła. Śniegu na lodzie nie było wcale, gdyż dął stale silny wiatr od strony Chubsugułu. Konie ostrożnie stąpając po lodzie, ślizgały się, padały i wierzgały. Prowadziliśmy je za uzdy. Drżąc na całym ciele i nisko opuściwszy łby, z naprężeniem wpatrywały się w lód i trwożnie chrapały. Gdym spojrzał na lód, zrozumiałem przyczynę ich strachu.

Przez lodową taflę, nie grubszą nad jedną stopę, wyraźnie dostrzegłem otchłań, a na jej dnie kamienie, krzaki wodorostów i wielkie ryby śpiące w zagłębieniach dna. Woda była zupełnie przezroczysta. Głębokość rzeki sięgała piętnastu metrów. Rzeka mknęła pod lodem z jakąś wściekłą szybkością, wirując i wytwarzając długie pasma białej piany, podobne do rozszalałych węży.

Nagle wszystkie konie drgnęły i naraz zatrzymały się jak wryte.

Stanęliśmy i my.