Nad rzeką huknął strzał armatni, po nim drugi i trzeci.

— Prędzej naprzód, prędzej! — wołał, wymachując rękami Mongoł, który postępował na czele oddziału.

Znowu rozległ się huk i trzask budzący jakąś niezrozumiałą trwogę. Coś się stało gdzieś bardzo blisko...

Konie zaczęły się w strachu cofać, wyrywać z rąk i ciężko padać, uderzając łbami o lód.

Prawie tuż pod moimi nogami, o dwie stopy na prawo, pękła powierzchnia lodu i szczelina, jak wąż, z trzaskiem złowrogim pobiegła dalej.

Natychmiast buchnęła z niej woda i płynęła, pieniąc się i burząc.

— Prędzej! Prędzej! — wołał przewodnik.

Z wielkim trudem udało się nam zmusić konie do przejścia przez szczelinę i ruszyć naprzód. Drżały i ociągały się. Tylko straszliwe uderzenia nahajów zniewoliły je do zapomnienia o panicznym strachu przed nieznanym zjawiskiem żywiołowym.

Gdyśmy dotarli do brzegu i zapuściwszy się w las, ruszyli dalej, pastuch opowiedział nam, że Jaga często, bez żadnej przyczyny, zrywa lody i oczyszcza wielkie przestrzenie swego prądu. Biada podróżnym, którzy w podobnej chwili przeprawiają się przez rzekę! Szalony prąd zawsze zimnej wody porwie ich i wtłoczy pod lód. Zdarza się też, że nagle pod nogami konia otwiera się szeroka szczelina, do której wpada nieszczęsne zwierzę, ginąc pod lodem, który śmiertelną obręczą znowu, jak gdyby się zrasta, druzgocąc mu nogi.

Tak szaleje tajemnicza Rzeka Diabła, porywając nowe i nowe ofiary.