Dobrze przestudiowawszy mapę Azji Centralnej, którą posiadał jeden z oficerów, nakreśliłem następujący plan naszej wyprawy:
Od rzeki Iro pójdziemy na południowy zachód, pozostawiając z prawej strony miasto Uliastaj i kierując się na koczowisko Caganłuk, przejdziemy posiadłości chana Jassaktu i dotrzemy do grzbietu Boro. Tu dopiero będziemy mogli zatrzymać się na dłuższy popas dla wzmocnienia sił jeźdźców i koni.
Następnym etapem byłaby wyprawa przez zachodnią część Wewnętrznej Mongolii, pustynię Małą Gobi, czyli Naron-Khuhu-Gobi, przejście przez grzbiet Khara, szybki pochód nocny przez Kansu, gdzie musielibyśmy ominąć z zachodu miasto chińskie Suczou i po przekroczeniu wysokich szczytów Nan-szan, wejść do północnego Tybetu w granicach obwodu Kuku-nor, w kierunku źródeł rzeki Yan-tse-kian.
Dalej już słabo wyobrażałem sobie położenie geograficzne, chociaż pamiętałem i sprawdziłem na naszej mapie, że grzbiety górskie na zachód od Yan-tse-kian oddzielają basen tej olbrzymiej rzeki chińskiej od systemu rzeki Brahmaputry w Birmie, gdzie naturalnie powinniśmy spotkać załogi i władze cywilne angielskie, o ile nie spotkalibyśmy ich na terenie Tybetu.
W Anglii mam przyjaciół, znają mnie dziennikarze i niektórzy mężowie stanu, więc miałem pewną podstawę, aby spodziewać się gościnności i doraźnej pomocy w dalszej podróży już do... Europy.
Lecz plan ten układałem na brzegu Iro, do której dochodziły odnogi Gór Tarbagatajskich i Chubsugulskich.
Anglicy zaś byli bardzo daleko, za grzbietami Ałaszan, za tajemniczym Tybetem „wielkiego i trzykroć świętego Dalajlamy”, za „murem świata” — Himalajami!
XVI. Pochód widm
Nie mogę innym słowem określić naszego pochodu od rzeki Iro do granicy Tybetu.
Tysiąc siedemset czterdzieści kilometrów przez śnieżne stepy, góry i przez pustynię Gobi przebyliśmy w czterdzieści osiem dni!