Szliśmy, ukrywając się przed ludźmi, robiąc jak najkrótsze i najniezbędniejsze popasy w najdzikszych miejscowościach, żywiąc się surowym mięsem, aby dymem ogniska nie zwabiać do siebie tubylców, a na popasach nocnych odrywając ubranie od pozbawionego skóry, krwawiącego ciała, walcząc uporczywie i bezowocnie ze zjadającymi nas pasożytami.
Była to odyseja męczeństwa.
Gdy zmuszeni byliśmy zdobywać barana lub byka dla naszej „intendentury48”, posyłaliśmy tylko dwóch nieuzbrojonych ludzi, którzy podawali się za robotników jadących z ramienia kolonistów rosyjskich w celu kupna bydła u Mongołów.
Nie mogliśmy nawet polować, chociaż spotykaliśmy ciągle duże stada antylop i skalnych baranów. Obawialiśmy się huku strzałów, które mogłyby zwrócić na nasz oddział niepożądaną uwagę ludności.
Na szczęście koczowiska mongolskie były już przeniesione w stronę głównej, południowej drogi karawanowej.
W sercu dawnych posiadłości Dżyngisa i jego potomków, imperatorów i chanów, prawie wcale nie spotykaliśmy osad tubylczych.
Za Bałyrem, na ziemi lamy Jassaktu-chana, który osiadł na tronie przodków po otruciu brata z rozkazu „Żywego Boga” w Urdze, spotkaliśmy koczujących na granicy Naron-Khuhu-Gobi bogatych Tatarów i Kirgizów rosyjskich, którzy po ucieczce z Syberii zaszli aż tutaj.
Przyjęli nas bardzo serdecznie i gościnnie. Dali nam kilka byków i trzydzieści sześć cegieł chińskiej herbaty zielonej, która jest najlepszą „monetą” wśród koczowników Azji.
Ci Tatarzy ocalili nas od niechybnej zguby, gdyż wytłumaczyli nam, że przez Gobi w tej porze roku konno przyjechać nam się nie uda. Ani śladu pożywienia nie moglibyśmy znaleźć na pustyni.
Musieliśmy wynaleźć wielbłądy i zamienić je za nasze zmordowane konie i inne przedmioty.