Przywiózł ją Michał Rodionow na nartach zaprzężonych w cztery renifery pojazdowe. Za nimi jechały inne, powożone przez Sieńkę, a naładowane ciężką skrzynią, którą dostarczyła poczta do Narymu dla Lisów, gdyż nie pisali oni do rodziców o zmianie w swoim życiu, nie chcąc niepokoić i zasmucać stroskanych staruszków. Na końcu, śmiejąc się na głos, trząsł się na siodle kulawy Garsa, popędzając kosmatego narymczaka i prowadząc na rzemieniu renifera Lisów.

W dwa dni po przyjeździe żony powrócił pan Władysław.

Zjawił się oszroniony od stóp do głów, zasypany śniegiem, o twarzy sczerniałej od wiatru, mrozu i dymu ogniska. W podbitej jelenią skórą kurtce malci, w futrzanych pime i kisach, wciągniętych na uszyte ze skórek zajęczych czyże110, pan Władysław miał na sobie jeszcze luźny kożuch sok na lisach, ściągnięty mocnym pasem „ni”, ozdobionym mosiężnymi blachami. Tak ubrany, w nasuniętym na czoło kołpaku nesowo, mógł śmiało ujść za rodowitego łowca samojedzkiego.

Różnił się jednak od tuziemców niezwykle rozrosłą, barczystą postacią, która w tym szerokim wygodnym stroju myśliwskim wydać się mogła potworna. Niby duża ośnieżona bryła wtoczył się do izby i padł do nóg żony. Długo nie mógł przemówić słowa, uszczęśliwiony i wzruszony ponad siły.

Z trudem uspokoił się, w pośpiechu zrzucił z siebie worek i zdjął wierzchnie ubranie i malcię. Pozostawszy w krótkiej skórzanej bluzie, odwiązał worek i jął wyjmować z niego zdobycz, powtarzając:

— To dla mego słoneczka... to dla mego kochania... to dla mojej Julianki niebożątka!

Pani Julianna klaskała w dłonie na widok rzucanych jej pod nogi skórek białych lisów i tchórzów.

Rozradowany bezmiernie pan Władysław sięgnął wreszcie do worka po raz ostatni i zawołał:

— To dla mojej królowej świetlanej!

Z tymi słowy podał jej piękną, niezwykle dużą i puszystą skórkę, niemal zupełnie czarnego zwierza.