— Cóż to za przepiękne futro! — zawołała zachwycona pani Julianna, pieszcząc dłonią długą, puszystą sierść.

— To rozumiem! — wykrzyknął Rodionow. — Upolowaliście najpiękniejszy okaz czarnego lisa... Drogo możecie go sprzedać!

— Już sprzedałem go najdrożej! — odparł ze śmiechem zesłaniec, całując żonę po rozradowanych oczach.

Pan Władysław jął teraz witać Rodionowych, Garsę i Romana.

— Jakbym przeczuł twój powrót, luba moja! — rzekł po chwili. — Zbrakło mi herbaty, lecz natrafiłem na moroszkę i uzbierałem sporo suchych liści tej samojedzkiej herbaty. Mógłbym wytrzymać od biedy jeszcze tydzień na tundrze, tym bardziej że Urr wytropił jeszcze kilka białych lisów, lecz jakieś przeczucie ciągnęło mnie do domu... Daleko byłem... szedłem podług gwiazd i potoków... Pełnię mamy, więc nocami też biegłem... do ciebie, do Julianki mojej lubej!

Przy progu stał okryty soplami lodu rudy Urr i kręcąc kosmatym łebkiem, z podziwem przyglądał się zebranym w izbie ludziom. Po namyśle podszedł do pani Julianny, podniósł głowę i cicho pisnął. Gdy pogłaskała go po mokrych kudłach, wlazł pod ławkę i jął wyrywać z sierści lód i wylizywać sobie łapy, wzdychając i sapiąc.

— Chodź tu, Urr! — mruknął Roman. — Odprowadzę cię do budy.

— Zostawcie go tu — odezwał się Lis — już on teraz ode mnie nie zbiegnie... W przyjaźni żyjemy ze sobą...

Z pod ławy dobiegło ciche skomlenie Urra.

W godzinę potem wszyscy zasiedli do stołu.