Nazajutrz Samojedzi obudzili się późno.
Przyszli z niepewnymi i zmieszanymi minami do gospodarzy i uśmiechając się wstydliwie, mruczeli:
— Podpiliśmy wczoraj... hm... hm!... Mocna, dobra była wódka!...
— A może się jeszcze napijecie? — pytała z niewinną minką pani Lisowa.
Koczownicy kłaniali się tylko i wymachiwali rękami przecząco.
Panu Władysławowi udało się raz jeszcze uraczyć leczniczą wódką pani Julianny łasych na wypitkę Samojedów i z radością się dowiedział, że pijaństwo znacznie się zmniejszyło, a najzagorzalsi amatorowie wódki nie chcieli już patrzeć na butelki.
Wkrótce potem do zaimki Lisów wpadł wójt z koczowiska i oznajmił, że wśród pastuchów szerzy się „tarach”.
Pani Julianna wnet poczęła go wypytywać o nieznaną jej chorobę i bardzo się przeraziła, przypuszczając, że może epidemia nosacizny lub zarazy morowej, czyli dżumy, wybuchła tam raptownie.
Pojechała też natychmiast, aby obejrzeć chorych.
Okazało się, że ma do czynienia z mniej niebezpieczną epidemią, Samojedzi bowiem zapadli na gnilec, czyli szkorbut113.