Pani Julianna od razu poznała tę chorobę. Dotknięci nią ludzie chudli i słabli z dnia na dzień, stawy mieli popuchnięte i obolałe, a w różnych miejscach ciała występowały im czarne plamy podskórnych wylewów krwi. Lekarka obejrzała dziąsła chorych i przekonała się natychmiast że są obrzmiałe, sczerniałe i krwawiące, zęby zaś ruszały się im i wypadały. Przystępując do leczenia, rozpoczęła od tego, że kazała chorym starannie się umyć i wypłukać usta wodą, do której wrzuciła sporą szczyptę proszku taniny114, po wykonaniu czego zwróciła się do nich z przemówieniem.

Objaśniła ich, że brudy, w których mieszkają, niedostatecznie świeży pokarm mięsny, a co najważniejsze, brak pożywienia roślinnego — stały się przyczyną gnilca, który może zakończyć się śmiercią, jeżeli chorzy nie zastosują się ściśle do jej rad. Kazała więc zdrowym dziewczętom nakopać czym prędzej spod śniegu borówek i żurawin wraz z liśćmi i jagodami, a Samojedkom poznosić pęki dzikiej cebuli, czyli tak zwanej czeremszy, bo wiedziała, że roślina ta znajduje się w każdym domu i czumie syberyjskim. Przez cały dzień przyrządzano potem wywar z garbnika i listków borówek, jednocześnie wyciskając sok z żurawin i drobnych cebulek czeremszy.

Chorzy pili sok, płukali sobie usta wywarem borówkowym i łykali gorzkie proszki chiny.

Energiczne leczenie zastosowane przez panią Juliannę zaczęło dawać dobre skutki i Samojedzi, obficie odżywiani, poczuli się znacznie lepiej.

Lekarka opuściła koczowisko, nie doczekawszy się już zupełnego powrotu do zdrowia pacjentów, bo sama poczuła się chora.

Powracając do domu, ledwie mogła się utrzymać na siodle. Rozpaloną głowę rozsadzał nieznośny ból; dreszcze przebiegały całe ciało; w lewym boku wzmagały się coraz silniejsze kłucia.

Widocznie zaziębiła się w źle opatrzonym na zimę samojedzkim czumie, gdzie spędziła kilka dni; obawiała się więc poważnie zapalenia opłucnej.

Powróciwszy do domu, natychmiast położyła się do łóżka. Gorączka wzrosła tak gwałtownie, że pani Julianna poczęła tracić przytomność i miotać się w malignie115. W chwilach świadomości dawała wskazówki mężowi, co należy robić w takim wypadku. Łykała więc proszki chiny i leżała cicho, gdy pan Władysław rozcierał jej bok maścią z wonnych, gryzących olejków, przykładał synapizmy116 lub ogrzewające okłady.

Choroba nie ustępowała jednak i trzymała w swych kleszczach bladą, straszliwie wychudłą kobietę. Pani Julianna słabła z dnia na dzień i coraz częściej leżała nieruchomo, nieprzytomna, szeroko rozwartymi oczami, pełnymi niezdrowych ogni patrząc w przestrzeń.

Lisem owładnęła rozpacz. Obłędna, dzika i bezsilna była to rozpacz.