Wyrywał sobie włosy i wpatrując się w obraz Matki Boskiej, szeptał:

— Czyż dopuścisz, Opiekunko strapionych, aby umarła ta, która jest bez grzechu?

Porywał go szał, wypadał więc do sieni i potrząsając rękami nad głową, syczał:

— Któż nam dopomoże? Giniemy!...

Walił się pięściami w piersi i łkał w poczuciu swej bezsilności.

Roman, widząc rozpacz gospodarza, chodził coraz bardziej ponury i milczący, nic nie jadł i tylko zmarszczki poruszały mu się na zniekształconym czole, świadcząc o uporczywej, nieodstępnej myśli. Pewnego dnia zniknął z zaimki.

Nawet Garsa, głupkowaty i zawsze szczerzący żółte zęby w uśmiechu, stał się jak gdyby poważniejszy i siedząc w kącie izby, patrzał na chorą w zamyśleniu.

Pani Julianna dogorywała.

Gasła powoli jak lampka, której zabrakło oliwy.

Życie ledwie się tliło w wychudłym ciele; suchy, całymi godzinami trwający kaszel rozdzierał zbolałą pierś.