Usta ledwie się poruszały; błąkał się po nich cichy, pełen pokory uśmiech; chude, przezroczyste palce zaciskały się kurczowo.
Lis siedział przy niej i czuł, że śmierć stoi przy łóżku chorej, czekając wytrwale.
Umierająca leżała z przymkniętymi oczami, chrapliwy, świszczący oddech wyrywał się jej z gardła, a słabnął szybko.
W tej właśnie, zdawało się, ostatniej chwili nagle na ganku rozległy się szybkie kroki. Ktoś zrzucił w pośpiechu ubranie w sieni i uchylił drzwi do izby.
Cicho, ostrożnie stąpając, wszedł Roman.
W ręku niósł gliniany garnek. Postawił go przy gorącym piecu.
Lis obojętnym wzrokiem spojrzał na niego.
Po pewnym czasie Roman odstawił garnek, z którego podnosiła się już para, i podszedł do gospodarza, szepcąc:
— Panie! Panie!
Dotknął ręką ramienia skamieniałego w boleści zesłańca i pochyliwszy się nad nim, szeptał niecierpliwie: