Teraz jednak zrozumiał nagle, że pewność jego we własne siły może prysnąć bez śladu.
Przeżył już taki okres i wiedział, że dla spokojnego życia niezbędny jest jedyny warunek — zdrowie.
Poważna choroba jego samego czy żony mogła zburzyć do szczętu z takim wysiłkiem i poświęceniem zbudowany gmach możliwego życia na wygnaniu.
„Nie mogę dopuścić, aby moja Julianka zmarniała mi na tym odludziu; nie chcę też, aby po śmierci oddano mnie obcej ziemi!...” — myślał.
Im więcej zastanawiał się nad tym zagadnieniem, tym częściej marszczyło mu się czoło, a zaduma gnieździć się zaczynała w jasnych oczach.
Lis zamyślał się nieraz bezwiednie, nagle czując, że w jakiejś dalekiej mgle czają się postanowienia, nieuchwytne jeszcze, rozumem i wolą nieogarnięte.
Nieraz wśród pracy albo podczas niedalekich polowań stawał jak wryty i powtarzał z uporem:
— Ja nie mogę tu pozostawać aż do śmierci!
Świtała mu wtedy myśl o możliwej amnestii dla zesłańców polskich, lecz odpędzał ją jako zwodniczą, skłaniającą do gnuśnej bierności.
— Sam sobie dam amnestię! — zawołał pewnego razu w tajdze, gdy ślizgając się na nartach, tropił stadko saren.