Wykrzyknął to tak głośno i stanowczo, że Urr, biegnący przed nim, natychmiast powrócił do niego i merdnąwszy ogonem, z niemym pytaniem w piwnych oczach przyglądał mu się uważnie.
— Tak, tak, mój piesku! Sam sobie dam amnestię i razem z Julianną porzucimy na zawsze tajgę, tundrę i cały Czin-War!
Urr pisnął i zwiesił ogon.
Od tego czasu w głowie zesłańca kiełkowała, kształtowała się i wzmagała myśl o wyrwaniu się na wolność, o powrocie do dużych miast, gdzie nie odczuwałoby się niewoli i gdzie można byłoby znaleźć pomoc we wszelkich okolicznościach życiowych.
Setki planów układał sobie w wyobraźni, lecz wkrótce odrzucał je jako niewykonalne lub zgoła szaleńcze.
Gdyby był sam, skinąłby na Romana i powiedział:
— Słuchaj, stary! Przedzierałeś się o chłodzie i głodzie przez tajgę. Powtórzmy to teraz razem. Pójdziemy przez tundrę i knieję na wschód. Będziemy czujni i przebiegli ni to wilki stepowe, a chytrzy jak węże. Przedzierać się tak będziemy rok, dwa lata, aż w końcu dojdziemy do morza, gdzie znajdziemy okręty cudzoziemskie — i będziemy ocaleni, wolni jak żurawie przelotne!
Uczyniłby tak z pewnością i dotarłby do celu, gdyby nie miał przy sobie Julianny...
Ona nie wytrzymałaby trudów i niebezpieczeństwa szalonej ucieczki. Należy więc imać się innych sposobów... Jakich?
Znowu setki, tysiące planów, myśli, pomysłów, wirujących w zawrotnym korowodzie i nagle pierzchających, gasnących, odrzucanych nielitościwą ręką zimnej i głębokiej rozwagi.