Wypełniona po brzegi rzeka podniosła wreszcie lód, potrzaskała go, zakręciła w szalonych wirach, rozbiła o skalne przylądki i porohy, niosąc na wschód.
Pewnego razu do chaty wbiegł Roman i zawołał do Lisa, który wrócił przed chwilą z tundry i wyjmował z worka upolowane ptactwo:
— Panie! Panie! Do Ałgimu weszły tajmienie... Ławą idą, aż im grzbiety z wody wystają!
— Wonź! Wonź! — wtórował mu Garsa, klaszcząc w dłonie.
Zesłaniec przebrał się szybko i zbiegł ku rzece.
Istotnie, całe łożysko było zapchane rybami. Duże, srebrzyste, o czerwonych grzbietach posuwały się przeciwko prądowi, wyskakując ponad wodę i wpadając do małych zatoczek. Niektóre wchodziły do potoku i płynęły w górę.
Spostrzegłszy to, Garsa krzyknął:
— Zbuduję jaz pod lasem i zastawię więcierze.
Nie czekając na odpowiedź, pobiegł, kulejąc i śmiejąc się radośnie.
Pani Julianna, stojąc obok męża, przyglądała się napływającym ławicom ryb.