— Tak jest! — odparł Lis.

Niemiec zdjął czapkę, posuwistym krokiem zbliżył się do żony zesłańca i schylając głowę w ukłonie, rzekł:

Pardon... za niepokój! Jestem profesor, doktor Karol Ernest von Baer142, wiceprezes cesarskiej Akademii Umiejętności... bitte! Ze swoją ekspedycją z polecenia jego cesarskiej mości odbywam podróż po Syberii... bitte. Szukamy noclegu... tylko noclegu, gnädige Frau143. Ach... ach! Pozwolę sobie przedstawić państwu mego siostrzeńca, doktora Rudolfa Haaze, wychowawcę cesarzewicza Aleksandra144.

Nowi znajomi uścisnęli sobie dłonie i nastąpiła znajomość.

— Wasza ekscelencja raczy stanąć w namiocie? — pytał, salutując uniżenie urzędnik policyjny.

— O, my na to nie możemy pozwolić! — zawołali w jeden głos Lisowie. — Pan profesor jest naszym gościem, również pan doktor Haaze i... pan, panie komisarzu.

— Pomieścimy panów w dużej izbie, gdzie stoi tapczan i dwie szerokie ławy — dodała pani Julianna. — Zaraz przygotuję w kuchni toaletę dla panów. Musicie się umyć po ciężkiej podróży. Znam tę drogę pomiędzy Kecią a Czin-Warem! Moczary, bajory, trzęsawiska... marna, ciężka droga!

Podczas gdy znoszono rzeczy podróżnych, Lis wskazał urzędnikowi policyjnemu, dowodzącemu oddziałem straży, spichrz, w którym ludzie jego mogli się wygodnie rozmieścić.. Garsa przyniósł im szeroką balię i dwa kubły wody, po czym zaczął tuż na dziedzińcu rozpalać ognisko i znosić ryby na wieczerzę.

Gdy obmyci i przebrani goście siedzieli już w izbie, pani Julianna ustawiła na stole chleb, masło, świeży kawior i połcie wędzonego tajmienia, oznajmiając, że nim zdążą zjeść przekąski, pieczone gęsi i udziec sarni odgrzeją się w piecu.

Głodni i zmęczeni podróżnicy z apetytem raczyli się tymi przysmakami.