Rozdział XVI. Ku wolności
Wrzesień zbliżał się ku końcowi.
W zaimce Lisów wszystko szło dawnym trybem.
Zresztą, tylko pozornie. Coś nowego czaiło się w źrenicach polskiego zesłańca i jego żony. Było to niecierpliwe, trwożne oczekiwanie, a miało w sobie tyle niewypowiedzianych obaw i zwątpień, że unikali wszczynać o nim rozmowy.
Dla oczu obcych ludzi nic się nie zmieniło, a Roman i głupkowaty Garsa nic też nie spostrzegli. Lis zakończył żniwa i złożył żyto w spichrzu, uczył młodzież samojedzką, naprawiał sieci i krzątał się po zagrodzie.
Pani Julianna sprzątnęła warzywo z grzęd, zakopała w piwnicy, zasypawszy piaskiem, i jak zwykle odwiedzała chorych w koczowisku na tundrze.
Pewnego dnia przyjechali niespodziewanie Rodionow z Wotkułem.
Rodionow przywiózł Lisowi pieniądze za sprzedane futra i zamknąwszy drzwi za sobą, szepnął:
— Nowiny przywożę... ważne! Do Narymu przybył uriadnik Leszczenko z pismem dla was. Lada dzień tu będzie. Może znowu coś złego? Naradziliśmy się z Wotkułem i postanowiliśmy, żeby nie pozwolić skrzywdzić was po raz drugi... Wotkuł ukryje was na tymsko-karakońskiej tundrze.
Lis błysnął oczami i odparł wesoło: