Gdy konie ruszyły, Lis się obejrzał.
Na wysokim brzegu nad rzeką długo jeszcze stał Wotkuł.
Malał, topniał coraz bardziej, aż pochłonęło go oddalenie i kurz, podnoszony kołami szybko toczącego się wózka.
Przez cały miesiąc wieźli uriadnicy zesłańca polskiego i jego żonę, aż stanęli w małej osadzie nad brzegiem morza.
Był to Petropawłowskij Ostrog154.
Po chwili do izby na stacji pocztowej wpadł doktor Rudolf Haaze.
— Chwała Bogu! — zawołał. — Jesteście! Żyłem w ciągłej obawie o was, drodzy przyjaciele!
Pochyliwszy się Lisowi do ucha, długo coś szeptał i objaśniał, patrząc przed siebie niebieskimi, ciągle zdumionymi oczami i błyskając szkłem okularów.
Polak słuchał w milczeniu i kiwał głową.
Wreszcie Haaze wstał i z rozrzewnieniem na twarzy ucałował rękę pani Julianny, a potem długo ściskał zesłańca, szepcząc urywanym głosem: