— Szczęśliwego życia! Szczęśliwego życia!

Tego samego wieczora od drewnianej przystani Petropawłowska odbił duży, dwumasztowy okręt amerykański „Rekin”.

Wszystko odbywało się na nim jak zwykle. Szyper155, stojący przy sterniku, przeplatał klątwami rzucane rozkazy. Bosmani156 pokrzykiwali na majtków, a ci w pośpiechu zamykali luki157 rumów158, gdzie zostały starannie ułożone towary nabyte na Kamczatce. Drogie to były towary: futra, skóry, ryby i kość mamutowa. Tego dnia jednak luki zostały zamknięte niezwykle starannie, a bosman pilnujący tej czynności mruczał do ludzi z załogi:

Damn!159 Rzućcie na pokrywę stos starego płótna! Na wszelki wypadek... Szyper nie życzy sobie, aby rosyjska straż zabrała nam tych dwoje ludzi, co to w nocy przekradło się na pokład „Rekina”... Zapłacili dobrze, a poza tym on to jakiś, widać, tęgi, promienny chłop, ona zaś nie wiem, ale podobne do niej kobiety tylko na obrazach świętych się chyba widuje! Rzućcie jeszcze kawał żagla!...

Gdy brzegi Syberii znikały we mgle, na pokład wyszło dwoje ludzi, a za nimi, węsząc nieufnie, dreptał kosmaty, rudy szpic.

Niewysoki, lecz nad wyraz barczysty mężczyzna o twarzy śmiałej i pogodnej, otoczył ramieniem wiotką kobietę o złocistej koronie włosów i stanął przy burcie.

Długo trwali w milczeniu, wpatrzeni w tonące w mroku i słonej mgle ostatnie wysepki ziemi wygnania, siedziby mroźnej, nielitościwej Białej Śmierci.

— Słonko ty moje!... Umiłowana nad życie, Julianko moja luba... Przed nami wolność! Wolność! — szepnął mężczyzna.

— Wolność! — powtórzyła złotowłosa kobieta, garnąc się do kopulastej, szerokiej piersi stojącego obok męża.

Szumiała i pluskała fala, płatana ostrym dziobem okrętu, pogwizdywał wiatr wśród lin i tętnił w wyprężonych żaglach, co bielały ni to łabędzie, ku szczęściu swój lot kierujące...