Nie dokończył, bo ktoś zaczął wołać:

— Wójcie! Wójcie! Czy mamy ogłosić wiec?

— Dzwońcie na wiec! Musimy się naradzić! — odkrzyknął.

Pykając fajeczkę, pokulał do chaty, gdzie mieścił się urząd gminny.

Rozdział IX. Wierny przyjaciel

Policjanci wieźli polskiego zesłańca przez cały tydzień. Drogi prawie nie było, gdyż nie można było nazwać drogą niegdyś zbudowanej, teraz przegniłej i zburzonej grobli, która szła przez błotnistą część tajgi, co chwila przecinanej rzekami. Wózek zanurzał się w wodzie powyżej kół, z brzękiem i skrzypieniem rozpaczliwym skakał na kamieniach, przewalając się z boku na bok. Wreszcie uriadnik Leszczenko rzekł do powożącego policjanta:

— Stój, Iwanie, bo zdaje się, że to tu.

Rozejrzał się wokoło bacznie, sprawdził coś w notatniku i kiwnął głową.

— No, tak! — zamruczał. — Jesteśmy wreszcie na miejscu!

Zwracając się do zesłańca, dodał: