Stłumiony, tajemny dźwięk, który wydać mogło tylko gardło ludzkie.
Lis nieznacznym ruchem podciągnął ku sobie karabin i namacał kurek.
W tej chwili posłyszał wyraźnie cichy, przenikliwy szept:
— Sprawiedliwy człowieku!... ss... cz...
Zesłaniec zrozumiał, że to człowiek czai się, ukryty w chaszczach, a wiedział również, że nie był to wróg, lecz jeden z tych, którzy przezwali go „sprawiedliwym”, co go rozrzewniało zawsze i cieszyło niewymownie.
Starając się nie robić hałasu, postąpił kilka kroków naprzód, wpatrując się w mrok.
Jakaś ciemna, czarniejsza od nocy postać zamajaczyła na tle lasu i bez szelestu, jak gdyby widmo sunące ponad ziemią, skoczyła ku Lisowi.
— Wotkuł! Wotkuł! — wyrwał się zesłańcowi szept gorący.
Samojed ogarnął go ramieniem i prowadził w głąb tajgi, zręcznie omijając ukryte w mroku i w gąszczu trawy, kępy torfowiska i małe, głębokie kałuże czarnej, ziejącej zgnilizną wody.
Tak doszli do niewysokiego, suchego pagórka.