— Jeszcze wam powiem, że tu choć diablo odludnie, będziecie za to wolniejsi i bezpieczniejsi, bo ani zły człowiek do takiej puszczy nie zajrzy, ani my tu nigdy nie przyjedziemy... bo i po co? Stąd już nikt nie ucieknie... O tym dobrze wiedzą w kancelarii gubernatorskiej!

W godzinę po tej rozmowie Lis stał samotny przed szałasem i słuchał.

Już z daleka dochodził go słaby turkot wózka i jękliwy głos dzwonka, uwiązanego do uprzęży koni uwożących policjantów. Minęło jeszcze kilka minut i na polanie zapanowała martwa cisza...

Spłoszył ją wnet obcy, taki dziwny, nigdy tu niesłyszany dźwięk.

Stojący przed szałasem człowiek, niezwykle barczysty, o twarzy pogodnej i beztroskiej, pogwizdywał wesoło:

— Marsz, marsz Dąbrowski...

Mazurek ochoczy, jurny biegł coraz dalej i dalej, aż podchwyciło go echo i poniosło.

Dokąd?

Chyba na wszystkie strony, poprzez jary i uroczyska dzikiego, pustynnego Czin-Waru, a może jeszcze dalej...

Rozdział X. W zapadłym kącie