Władysław Lis należał do ludzi, dla których życie składa się z myśli popartych natychmiastowym czynem. Nic nie mogło zmienić jego bujnej natury. Był taki jako kadet w korpusie petersburskim, pozostawał taki w bitwie pod Stoczkiem i podczas szarży ułańskiej na grochowskim polu, takim też czuł się i tu, w nieznanym mu uroczysku Czin-Waru.
Ledwie zamilkły dzwonki odjeżdżających policjantów, zesłaniec począł znosić swoje rzeczy do czumu i uważnie przeglądać je, pogwizdując i mrucząc do siebie:
— Prochu, kapiszonów, kul starczy... fiut! fiut! Przyodziewek w komplecie... Fiut! Z prowiantami za to... fiut, fiut!... gorzej. Dwie cegły herbaty... kawał cukru... sucharów worek... fiut! Dwie garści soli... fiut!... Dwa połcie słoniny... przednia, bo to od Rodionowego wieprza! Fiu-u-u-t! Pięć wiązanek jukoły... Ha! Tyle całej parady! Fiut! Dobrze, żem zabrał ze sobą małą sieć... Hej, nic mi nie będzie!
Beztroskie pogwizdywanie przeszło znowu w rytm mazurka Dąbrowskiego. Przy tym skocznym, pełnym animuszu motywie Lis okrywał starannie swoje mienie wojłokiem i obwiązywał mocnym rzemieniem.
Myśl jego pracowała sprawnie i szybko: a więc zatka oto sobie żerdziami wejście do szałasu i przytłoczy kłodą zwalonego drzewa, a potem weźmie karabin, prochownicę, torbę myśliwską z sucharami, kociołkiem i herbatą, nie zapomni też o sieci, małym kocu, siekierze — i ruszy we wskazanym przez Wotkuła kierunku. Musi dojść do Ałgimu i rzucić okiem na te błogosławione okolice, o których z takim zapałem mówił Samojed. Niezawodnie coś się spotka w tajdze, coś się upoluje...
Wkrótce już wchodził do tajgi. Przestał gwizdać, bo opadły go wnet niezliczone roje bąków i drobnych zjadliwych muszek — tego syberyjskiego gnusu, istnej plagi dla ludzi, koni i zwierząt. Poza tym należało posuwać się ostrożnie i cicho. W chaszczach kryły się obszerne, grząskie moczary ze sterczącymi kępami i bulgocącym pod stopami bagnem. Na czarnej, rozmiękłej ziemi widniały liczne ślady.
Lis mógł rozpoznać zaledwie niektóre z nich. Spostrzegł więc doły, wyciśnięte kopytami łosi i racicami jeleni. Zdziwiły go bardzo ślady bosych stóp ludzkich.
— Co, u licha?! — mruknął. — Czyżby Wotkuł na bosaka przekradał się przez ten gąszcz i trzęsawisko?!
Tak rozmyślając, doszedł do niewielkiej wyżyny, gdzie się urywały moczary. Nogi zesłańca nie grzęzły już w rdzawym lub czarnym i cuchnącym błocie, ale za to musiał się teraz przedzierać przez zwikłaną sieć krzaków i suchych, twardych badyli. Tam i sam rumieniły się grona czerwonych jagód — moroszki101, oblepichy102 i kniażeniki103. Zrywał je i jadł, głośno cmokając, bo kwaśne jeszcze były i cierpkie.
Gałęzie niskorosłych modrzewi i pędy krzaków czepiały się kurtki i butów, opasywały stopy, więc potykał się co chwila, cicho, ale siarczyście klnąc i od czasu do czasu torując sobie drogę siekierą.