Biegł długo, a coraz wolniej i ciężej.
Stanął, gdy noc zapadła.
Oprzytomniał zupełnie. Zrozumiał, że to śmierć go goniła.
Zwęszył bliskość wody.
Odnalazł jezioro, wszedł w głębinę i zanurzywszy się aż po szyję, pozostał tak do rana.
Po wschodzie słońca długo się mozolił, usiłując podnieść się na stromy brzeg.
Nogi odmawiały mu posłuszeństwa, drżały i uginały się pod ciężarem ciała.
Nie mógł westchnąć głęboko, bo ostry ból przeszywał mu pierś.
Dyszał pośpiesznie, jak gdyby po długim biegu lub wdrapywaniu się na górę.
Krótki, urywany oddech zakończył się kaszlem, a wtedy w gardle coś bulgotać zaczęło i zatkało mu nozdrza.