Spostrzegł wkrótce, że drzewo leżało nad urwiskiem.
Na dole biegła droga nad brzegiem Tapti.
„Hę? — zapytał siebie w duchu chłopak. — Po co mamy ciągnąć taką kupę drzewa poprzez dżunglę? Możemy zrzucić ją z tego pagórka i po drodze zawlec do tartaku...”
Podprowadził słonia do cienkiego końca drzewa, założył łańcuch i krzyknął:
— Hoho, Birara! Podciągnij no trochę!
Posłuszne zwierzę wparło nogi w ziemię, wyprężyło potężne mięśnie i, szarpnąwszy z całej siły, posunęło drzewo do krawędzi stromego urwiska.
— No, dobrze! — odezwał się Amra. — A teraz, przyjacielu, puść w ruch kły i kolana!
Birara podważył gruby pień kłami i jął powoli, krok za krokiem popychać go do krawędzi, opierając się kolanami.
Wkrótce drzewo, straciwszy równowagę, runęło w dół.
Umieściwszy się na karku słonia, chłopak boczną ścieżką zjechał z pagórka, założył na konary łańcuch, umocował go do orczyka i poszedł obok Birary, ciągnącego olbrzymie drzewo po błotnistej, śliskiej drodze leśnej.