Spostrzegł wyrywające się z gąszczu tygrysy. Klasnął w dłonie, gdy wicekról celnym strzałem położył jednego z nich. Drugi padł na polanie, przeszyty kulami innych myśliwych; trzeci, rycząc i kulejąc, dopadł krzaków i znikł w nich, ścigany przez strzelców.
Przyglądał się teraz słoniowi maharadży.
Rozumne zwierzę coraz wolniej i ostrożniej szło ku tajemniczej gęstwinie. Wiedziało, że tygrysy nie dopuszczą go, że lada chwila wypadną, a wtedy... jedno z dwojga — będzie zmuszony stoczyć z nimi walkę lub leż posłyszy huk wystrzałów, którymi się zakończy to niebezpieczne spotkanie.
Słoń, podnosząc nogi wysoko, postąpił krok, jeszcze jeden... jeszcze...
W tej samej chwili z trzaskiem pochyliły się bambusy i w powietrzu mignęło długie, wspaniałe ciało tygrysa. Rycząc chrapliwie i prychając, wyciągał w skoku potężne łapy, aby wbić ostre, zakrzywione pazury w słonia, wdrapać się na jego grzbiet i zmierzyć się z najbardziej nienawistnym wrogiem — człowiekiem.
Słoń nadstawił kły i wyprężył mięśnie trąby.
Do walki nie doszło tym razem.
Maharadża błyskawicznym ruchem podniósł karabin do ramienia, i strzelił. Kula przeszyła serce zwierza. Tygrys padł i zesztywniał od razu.
Nassur z radosnym okrzykiem, porwany zapałem myśliwskim, ześlizgnął się ze słonia i podbiegł do wspaniałej zdobyczy.
W tej chwili z zarośli wypadła znienacka tygrysica.