Przed rannym, słabym Birarą szli Amra i Nassur, rozmawiając o wypadkach tego dnia.

— Byłeś mi przyjacielem, teraz jesteś bratem... — rzekł nagle Nassur. — Cały nasz naród będzie uwielbiał ciebie, boś bronił syna ich władcy!

— Królewiczu — odparł cichym głosem Amra — uczyniłbym to samo, gdybyś był synem wieśniaka znad Irawadi, Narbady lub naszej mętnej Tapti!

Birara słyszał głosy chłopaków, chociaż nie widział ich.

Miał opuszczone powieki, lecz, gdy je podnosił, ogarniał wzrokiem te drogie dla niego istoty. W oczach słonia zapalały się gorące ognie przywiązania i radości. Słabym głosem pomrukiwał i znowu zamykał oczy.

Doszli wreszcie do łąki za ogrodem pałacowym.

Odprowadzono słonia do chlewu, gdzie z bolesnym jękiem położył się natychmiast i leżał wyczerpany śmiertelnie.

Wkrótce przyszli do niego Amra z Fuzalem i przyprowadzili ze sobą znachora wprawnego w leczeniu zwierząt.

Amra, przemawiając łagodnie, zmusił słonia, aby wstał.

Odprowadzono go do rzeki, gdzie obmyto starannie i zbadano rany.