Birara wyciągał trąbę do kociołka z ryżem i wachlował się uszami.
— Chcesz spróbować? — zadawał chłopak obojętne pytanie.
Słoń radośnie wywijał trąbą i pochrząkiwał wstydliwie.
Otrzymawszy garść ryżu, ostrożnie niósł przysmak do paszczy, długo żuł, cmokał i sapał.
Amra, jako prawdziwy Hindus, znał już niebezpieczeństwo utajone w ziemi Indii.
Przed udaniem się na spoczynek gwizdał na Birarę, a gdy słoń nadchodził, kazał mu udeptywać placyk, na którym zamierzał spędzić noc.
Birara sumiennie tupał, gniotąc i ubijając ziemię ciężarem swego ciała.
Pewnego razu dozorca, przyglądający się tym czynnościom, zapytał chłopca:
— Po co każesz swemu słoniowi chodzić w kółko i ubijać ziemię?
— Mogą w niej być nory żmij, skorpionów, gryzących stonóg i jadowitych pająków — odparł Amra.