Nie znały chłopaka, więc jęły przestępować z nogi na nogi i wydawać głośne chrapanie. Zupełnie wyraźnie wyrażały tym swe niezadowolenie.

Amra gwizdnął raz jeszcze i powtórzył:

— Birara!

Po chwili uszu chłopaka doszedł częstotliwy tupot ciężkich nóg.

Nad urwistym brzegiem wyrosła olbrzymia sylwetka słonia.

Wesoło pomrukując i sapiąc, śpieszył na wezwanie.

— Birara! — łagodnym teraz i pieszczotliwym głosem zawołał na niego chłopczyk.

Słoń przystanął, rozglądając się w ciemności; węszył przez chwilę, a potem pewnym krokiem ruszył wprost przed siebie.

Zatrzymał się przed Amrą, otoczył go trąbą, chuchnął w twarz gorącym, wilgotnym oddechem i małymi, figlarnymi oczkami przyglądał się późnemu gościowi.

— Kąpałeś się, przyjacielu? — spytał chłopak, widząc, że z boków zwierzęcia strugami spływała woda.