Uczynił to jak na komendę, i po chwili mruknął:

— Zawsze lepiej się przekonać co do sąsiadów...

— Zapewne! — zgodziłem się. — Nalewajcie herbatę i bierzcie cukier i suchary.

— Dziękuję! — rzekł już śmielej i zaczął pić herbatę, przegryzając ją najmniejszym kawałkiem cukru, jaki znalazł w woreczku.

Nie pytałem go o nic, czekając, aż sam zacznie albo się wykłamywać, albo zwierzać.

Wypiwszy szklankę herbaty, zaczął od pierwszego, mówiąc, że przybył tu dla połowu ryb, które miał zamiar solić i odstawiać na sprzedaż do pobliskiej wioski. Widziałem jednak, że na tratwie miał on tylko wędki, nie było zaś tam wcale ani zapasu soli, ani tem bardziej sieci i naczyń do przechowywania ryb.

Oczywiście — kłamał, więc milczałem. Poskrobał się w głowę, pomyślał i raptem wypalił:

— Z więzienia chabarowskiego uciekłem. Raz złapali, a teraz się udało...

Była to już szczera prawda.

— Będziecie tu lato spędzali?