Podniósł na mnie bystre, piwne oczy i mruknął:

— Nie wiem... jak się posiedzi...

Milczałem, aby pytaniami nie budzić w nim nieufności.

— Ja tu niedaleko sobie szałas zbuduję — — oznajmił, a w jego glosie była i prośba i pytanie.

— Dobrze! — odpowiedziałem. — Będziemy sąsiadowali, a możecie nam dopomóc w łapaniu ryb i motyli.

— Dlaczego nie? — odparł żywo. — Karmić będziecie?

— Będziemy.

— No, to już zgoda! A teraz pójdą się urządzić. Dziękuję za poczęstunek!

Wstał i od razu, jak wąż, wślizgnął się do zarośli.

Więcej tego dnia się nie zjawił. Nie chciał być natrętnym, bo to dumne sztuki — ci włóczęgowie syberyjscy! A może oczekiwał rewizyty? Wieczorem, gdy o jakiś kilometr od nas zapłonęło ognisko sąsiada, poszedłem do niego. Podchodząc, widziałem, że, posłyszawszy kroki, szybko się nachylił i wziął do rąk siekierę... na wszelki wypadek.